Leżąc albo siedząc w swoim pokoju Wokulski
machinalnie przypominał sobie, w jaki sposób ze
Skierniewic powrócił do Warszawy.
Około piątej rano kupił na dworcu bilet pierwszej
klasy, nie był jednak pewny, czy takiego żądał, czy
dano mu go bez żądania. Następnie wsiadł do
przedziału drugiej klasy i zastał tam księdza, który
przez cały czas podróży wyglądał oknem, tudzież
rudego Niemca, który zdjął kamasze i oparłszy nogi w
brudnych skarpetkach na przeciwległej ławce, spał jak
zarżnięty. Wreszcie naprzeciw siebie miał jakąś
starą damę, którą tak bolały zęby, że nawet nie
obrażała się na postępowanie swego sąsiada w
skarpetkach.
Wokulski chciał porachować liczbę osób jadących w
przedziale i z wielkim trudem zmiarkował, że bez, niego
jest ich trzy, a z nim cztery. Potem zaczął
rozmyślać: dlaczego trzy osoby i jedna osoba stanowią
razem cztery osoby - i zasnął.
W Warszawie opamiętał się dopiero w Alejach
Jerozolimskich, już jadąc dorożką. Kto mu jednak
wyniósł walizkę, jakim sposobem on sam znalazł się w
dorożce? o tym nie wiedział i nawet nic go to nie
obchodziło.
Do swego mieszkania dostał się ledwie po półgodzinnym
dzwonieniu, choć była blisko ósma rano. Otworzył mu
służący zaspany, rozebrany, przerażony jego nagłym
powrotem. Wszedłszy zaś do sypialni Wokulski przekonał
się, że wierny sługa spał na jego własnym łóżku.
Nie robił mu jednak wymówek, lecz kazał podać
samowar.
Służący, otrzeźwiony, ale i zakłopotany, szybko
zmienił prześcieradła i poszewki, Wokulski zaś
zobaczywszy świeżo posłane łóżko nie pił herbaty,
ale rozebrał się i legł spać.
Spał do piątej po południu, a potem, umywszy się i
ubrawszy jak do wyjścia, całkiem mimo woli usiadł na
fotelu w salonie i drzemał do wieczora. Gdy zaś na
ulicach zapłonęły latarnie, kazał podać światło i
przynieść befsztyk z restauracji. Zjadł go z apetytem,
popił winem i około północy znowu poszedł spać.
Na drugi dzień odwiedził go Rzecki, ale jak długo
siedział i o czym rozmawiali, nie pamięta. Tylko
następnej nocy, kiedy obudził się na chwilę, zdawało
mu się, że widzi Rzeckiego z twarzą bardzo
zafrasowaną.
Potem zupełnie stracił rachubę czasu, nie spostrzegał
różnic pomiędzy dniem i nocą, nie uważał, ażeby
godziny mijały za prędko albo za wolno. W ogóle nie
zajmował się czasem, który dla niego jakby nie
istniał. Czuł tylko pustkę w sobie i naokoło siebie i
nie był pewny, czy nie powiększyło się jego
mieszkanie.
Raz przywidziało mu się, że leży na wysokim
katafalku, i zaczął myśleć o śmierci. Zdawało mu
się, że musi umrzeć koniecznie na paraliż serca; ale
ani przerażało go to, ani cieszyło. Niekiedy z
ciągłego siedzenia na Fotelu cierpły mu nogi, a
wówczas myślał, że idzie śmierć, i z obojętną
ciekawością uważał, jak szybko owo cierpnięcie
posuwa się do serca? Obserwacje te chwilowo robiły mu
jakby cień przyjemności, ale i one rozpływały się w
apatii.
Służącemu nakazał nie przyjmować nikogo; pomimo to
kilka razy odwiedził go doktór Szuman.
Na pierwszej wizycie wziął go za puls i kazał pokazać
język.
- Może angielski?... - spytał Wokulski, lecz wnet
opamiętał się i wyrwał rękę.
Szuman bystro popatrzył mu w oczy.
- Nie jesteś zdrów - rzekł - co ci dolega?
- Nic. Czy znowu zajmujesz się praktyką?
- Spodziewam się! - zawołał Szuman"- a pierwszą
kurację zrobiłem na samym sobie: uleczyłem się z
marzycielstwa.
- Bardzo pięknie - odparł Wokulski. - Rzecki wspominał
mi coś o twoim wyleczeniu.
- Rzecki jest półgłówek... stary romantyk... To rasa
już ginąca! Kto chce żyć, musi trzeźwo patrzeć na
świat... Uważaj no i po kolei zamykaj oczy. Kiedy ci
powiem: lewe... prawe... prawe... Załóż nogę na
nogę...
- Co ty robisz, mój kochany?... - zapytał Wokulski.
- Badam cię.
- O!... I masz nadzieję zbadać?
- Spodziewam się.
- A potem?
- Będę cię leczył.
- Z marzycielstwa?
- Nie, z neurastenii.
Wokulski uśmiechnął się i rzekł po chwili:
- Czy możesz wyjąć człowiekowi jego mózg i włożyć
na to miejsce inny?
- Tymczasem nie...
- No, to daj spokój leczeniu.
- Mogę podsunąć ci nowe pragnienia...
- Już je mam. Chciałbym zapaść się pod ziemię,
choć tak głęboko jak... studnia w zasławskim zamku...
I jeszcze chciałbym, ażeby mnie zasypały gruzy, mnie i
mój majątek, i nawet ślad tego, że kiedykolwiek
istniałem. Oto moje pragnienia, owoc wszystkich
poprzednich.
- Romantyzm!... - zawołał Szuman klepiąc go po
ramieniu. Ale i to przejdzie.
Wokulski już nic nie odpowiedział. Gniewał się za
swoje ostatnie wyrazy i dziwił się: skąd nagle
przyszła mu taka otwartość?... Głupia otwartość!...
Co komu do jego pragnień?... Po co on to mówił?... Po
co jak bezwstydny żebrak odsłonił swoje rany?
Po wyjściu doktora spostrzegł, że coś się w nim
zmieniło; oto na tle dotychczas bezwzględnej apatii
pojawiło się jakieś uczucie. Był to bezimienny ból,
z początku bardzo mały, który szybko powiększył się
i stanął w mierze. W pierwszej chwili można go było
porównać do delikatnego ukłucia szpilką, a później
do jakiejś zawady w sercu, nie większej od laskowego
orzecha. już żałował apatii kiedy przyszło mu na
myśl zdanie Feuchterslebena:
"Radowałem się w mojej boleści; bo zdawało mi się,
żem spostrzegł w sobie tę płodną walkę, która
tworzyła i tworzy wszystko na tym świecie, gdzie bez
przerwy walczą nieskończone siły."
"Jednakże co to jest?" - spytał siebie czując,
że w jego duszy miejsce apatii zajmuje głucha boleść.
I wnet odparł:
"Aha, jest to budzenie się świadomości..."
Powoli w jego umyśle, dotychczas jakby zasnutym mgłą,
począł zarysowywać się obraz. Wokulski ciekawie
wpatrywał się w niego i dostrzegł - sylwetkę kobiety
w objęciach mężczyzny... Obraz ten miał z początku
słaby blask fosforycznego światła, potem stał się
różowym... żółtawym... zielonawym... błękitnym...
wreszcie zupełnie czarnym jak aksamit. Potem zniknął
na kilka chwil i znowu zaczął ukazywać się kolejno we
wszystkich barwach, począwszy od fosforycznej, kończąc
na czarnej.
Jednocześnie ból wzmagał się.
"Cierpię, więc jestem!..." - pomyślał
śmiejąc się Wokulski.
Tak upłynęło kilka dni na wpatrywaniu się już to w
ów obraz zmieniający barwę, już to w ból, który
zmieniał natężenie. Czasami zupełnie ginął,
pojawiał się drobny jak atom, rósł, wypełniał
serce, całą istotę, cały świat... I w chwili kiedy
już przekroczył wszelką miarę, znowu niknął
ustępując miejsca absolutnemu spokojowi i zdziwieniu.
Z wolna zaczęło się rodzić w duszy coś nowego:
pragnienie pozbycia się i tych bólów, i tych obrazów.
Było to podobne do iskry zapalającej się na tle nocy.
Jakaś słaba otucha błysnęła Wokulskiemu.
"Czy tylko aby potrafię jeszcze myśleć?" -
rzekł do siebie.
Ażeby sprawdzić to, zaczął przypominać sobie
tabliczkę mnożenia, potem mnożyć liczby dwucyfrowe
przez jednocyfrowe i dwucyfrowe przez dwucyfrowe. Nie
dowierzając sobie zapisywał rezultaty działań, a
potem sprawdzał je... Mnożenia na papierze zgadzały
się z pamięciowymi i Wokulski odetchnął.
"Jeszcze nie straciłem rozumu!" - pomyślał z
radością.
Zaczął wyobrażać sobie rozkład własnego mieszkania,
ulice Warszawy, Paryż... Otucha rosła; spostrzegł
bowiem, że nie tylko dokładnie pamięta, ale że
jeszcze ćwiczenia te przynoszą mu pewien rodzaj ulgi.
Im więcej myślał o Paryżu, im żywiej przedstawiały
mu się tamtejszy ruch, budowle, targi, muzea, tym
mocniej zacierała się sylwetka kobiety spoczywającej w
objęciach mężczyzny...
Już zaczął spacerować po mieszkaniu i oczy jego
przypadkowo zatrzymały się na stosie ilustracyj. Były
tam kopie z galerii drezdeńskiej i monachijskiej, Don
Quichot z rysunkami Dorégo, Hogart...
Przypomniał sobie, że skazani na gilotynę najznośniej
przepędzają czas oglądając rysunki... I odtąd całe
dnie schodziły mu na przeglądaniu rysunków.
Skończywszy jedną książkę, brał się do drugiej,
trzeciej... i znowu powracał do pierwszej.
Ból głuchnął; widziadła ukazywały się coraz
rzadziej, otucha rosła...
Najczęściej jednak przeglądał Don Quichota, który
robił na nim potężne wrażenie.
Przypomniał sobie tę dziwną historię człowieka,
przez kilkanaście lat żyjącego w sferze poezji - tak
jak on, który rzucał się na wiatraki jak on, był
druzgotany - jak on, który zmarnował życie uganiając
się za ideałem kobiety - jak on, i zamiast królewny
znalazł brudną dziewkę od krów - znowu jak on!...
"A jednakże ten don Quichot był szczęśliwszy ode
mnie! - myślał. - Dopiero nad grobem zaczął budzić
się ze swych złudzeń... A ja?..."
Im dłużej przypatrywał się rysunkom, im bardziej
oswajał się z nimi, tym mniej pochłaniały jego
uwagę. Spoza don Quichota, Sancho Pansy i mulników
Dorégo, spoza Walki kogutów i Ulicy pijackiej Hogarta
coraz częściej pokazywało mu się wnętrze wagonu,
drgająca szyba, a w niej niewyraźny obraz Starskiego i
panny Izabeli...
Wtedy odrzucił ilustracje i zaczął czytać książki
znane mu jeszcze z epoki dzieciństwa albo z piwnicy
Hopfera. Z niewymownym wzruszeniem odświeżał w
pamięci: Żywot św. Genowefy, Różę z Tannenburgu,
Rinaldiniego, Robinsona Kruzoe, a nareszcie - Tysiąc i
jedną nocy. Znowu zdawało mu się, że już nie
istnieje czas ani rzeczywistość i że jego raniona
dusza uciekłszy z ziemi błądzi po jakichś
czarodziejskich krainach, gdzie biją tylko szlachetne
serca, gdzie podłość nie stroi się w maskę obłudy,
gdzie rządzi wieczna sprawiedliwość kojąca bóle i
nagradzająca krzywdy...
I tu uderzył go jeden dziwny szczegół. Kiedy z
własnej literatury wyniósł złudzenia, które
zakończyły się rozkładem jego duszy - ukojenie i
spokój znajdował tylko w literaturach obcych.
"Czy my naprawdę - myślał z trwogą - jesteśmy
narodem marzycieli i czy już nigdy nie zejdzie anioł,
który by poruszył betsedejską sadzawkę obłożoną
tylu chorymi?..."
Pewnego dnia przyniesiono mu z poczty gruby pakiet.
"Z Paryża?... - rzekł. - Tak z Paryża. Ciekawym, co
to?..."
Ale ciekawość jego nie była dość silną, ażeby
zachęcić go do otworzenia i przeczytania listu.
"Taki gruby list!... Komu, u licha, chce się dziś
tyle pisać?"
Rzucił pakiet na biurko i w dalszym ciągu wziął się
do czytania Tysiąca i jednej nocy.
Co za rozkosz dla zmęczonego umysłu te pałace z
drogich kamieni, drzewa, których owocami były
klejnoty!... Te kabalistyczne słowa, przed którymi
ustępowały mury, te cudowne lampy, dzięki którym
można było zwalczać nieprzyjaciół, przenosić się w
mgnieniu oka o setki mil... A ci potężni
czarodzieje!... Co za szkoda, że taka władza dostawała
się ludziom złośliwym i nikczemnym!...
Odkładał książkę i śmiejąc się sam z siebie
marzył, że on jest czarodziejem, który posiada dwie
bagatelki: władzę nad siłami natury i zdolność
stawania się niewidzialnym...
"Myślę - rzekł - że po kilku latach mojej
gospodarki świat wyglądałby inaczej... Najwięksi
hultaje zmieniliby się na Sokratesów i Platonów."
Wtem spojrzał na list paryski i przypomniał sobie
Geista i jego głowa :
"Ludzkość składa się z gadów i tygrysów, między
którymi ledwie jeden na całą gromadę znajdzie się
człowiek... Dzisiejsze niedole pochodzą stąd, że
wielkie wynalazki dostawały się bez różnicy ludziom i
potworom... Ja nie popełnię tego błędu i jeżeli
ostatecznie znajdę metal lżejszy od powietrza, oddam go
tylko prawdziwym ludziom. Niech oni choć raz zaopatrzą
się w broń na swój wyłączny użytek; niechaj ich
rasa mnoży się i rośnie w potęgę..."
"Niezawodnie byłoby lepiej - mruknął - gdyby tacy
Ochoccy i Rzeccy mieli siłę, a nie Starscy i
Maruszewicze..."
"To jest cel!... - myślał w dalszym ciągu. - Gdybym
był młodszy... Chociaż... No i tutaj bywają ludzie, i
tu jest niemało do zrobienia...'
Zaczął znowu czytać historię z Tysiąca nocy, lecz
spostrzegł, że i ona już nie absorbuje go. Dawny ból
zaczął nurtować serce, a przed oczyma coraz wyraźniej
rysowała się sylwetka panny Izabeli i Starskiego.
Przypomniał sobie Geista w drewnianych sandałach,
później jego dziwny dom otoczony murem... I nagle
przywidziało mu się, że ten dom jest pierwszym
stopniem olbrzymich schodów, na szczycie których stoi
posąg niknący w obłokach. Przedstawiał on kobietę,
której nie było widać głowy ani piersi, tylko
spiżowe fałdy sukni. Zdawało mu się, że na stopniu,
którego dotykają jej nogi, czerni się napis:
"Niezmienna i czysta." Nie rozumiał, co to jest,
ale czuł, że od stóp posągu napływa mu w serce
jakaś wielkość pełna spokoju. I dziwił się, że on,
który był zdolnym doświadczać podobnego uczucia,
mógł kochać czy gniewać się na pannę Izabelę albo
zazdrościć jej Starskiemu!...
Wstyd uderzył mu na twarz, choć nikogo nie było w
pokoju.
Widzenie znikło. Wokulski ocknął się. Był znowu
tylko człowiekiem zbolałym i słabym, ale w jego duszy
huczał jakiś potężny głos niby echo kwietniowej
burzy, grzmotami zapowiadającej wiosnę i
zmartwychwstanie.
Pierwszego czerwca odwiedził go Szlangbaum. Wszedł
zakłopotany; ale przypatrzywszy się Wokulskiemu nabrał
otuchy.
- Nie odwiedzałem cię do tej pory - zaczął - bo wiem,
żeś był niezdrów i nie chciałeś nikogo widywać.
No, ale dzięki Bogu, już wszystko przeszło...
Kręcił się na krześle i spod oka rzucał spojrzenia
na pokój; może spodziewał się znaleźć w nim więcej
nieładu.
- Masz jaki interes? - zapytał go Wokulski.
- Nie tyle interes, ile propozycję... Właśnie kiedy
dowiedziałem się, żeś chory, przyszło mi na myśl...
Uważasz... tobie potrzeba dłuższego wypoczynku,
usunięcia się od wszelkich zajęć, więc przyszło mi
na myśl, czybyś nie zostawił u mnie tych stu
dwudziestu tysięcy rubli... Miałbyś bez kłopotu
dziesiąty procent.
- Aha!... - wtrącił Wokulski. - Ja moim wspólnikom bez
kłopotu, nawet dla siebie, płaciłem piętnaście.
- Ale teraz cięższe czasy... Zresztą chętnie dam
piętnasty procent, jeżeli mi zostawisz swoją firmę...
- Ani firmy, ani pieniędzy - odparł niecierpliwie
Wokulski:- Firma bodajby nigdy nie istniała, a co do
pieniędzy... Tyle ich mam, że mi wystarczy procent,
jaki dają papiery. Aaa... i tego za dużo.
- Więc chcesz odebrać swój kapitał na święty Jan? -
spytał Szlangbaum.
- Mogę ci go zostawié do października, nawet bez
procentu, pod warunkiem, że zatrzymasz przy sklepie tych
ludzi, którzy zechcą zostać.
- Ciężki warunek, ale,..
- Jak chcesz.
Nastała chwila milczenia.
- Cóż myślisz robić ze spółką do handlu z
cesarstwem? - zapytał Szlangbaum. - Bo mówisz tak,
jakbyś się i z niej chciał wycofać...
- Jest to bardzo prawdopodobne.
Szlangbaum zarumienił się, chciał coś powiedzieć,
ale dał spokój. Pogadali jeszcze o rzeczach obojętnych
i Szlangbaum wyszedł żegnając się z nim bardzo
serdecznie.
"On, widzę, ma zamiar wszystko odziedziczyć po mnie -
myślał Wokulski. - Hal niech dziedziczy... świat
należy do tych, którzy go biorą."
Swoją drogą Szlangbaum rozmawiający z nim w tej chwili
o swoich interesach wydał mu się zabawny.
"Wszyscy w sklepie skarżą się na niego - myślał -
mówią, że głowę zadziera, że wyzyskuje... Co
prawda, o mnie mówili to samo..."
Spojrzenie jego znowu padło na biurko, gdzie od kilku
dni leżał list z Paryża. Wziął go do rąk,
ziewnął, ale nareszcie odpieczętował.
Była to korespondencja od baronowej mającej
dyplomatyczne stosunki, tudzież kilka urzędowych
aktów. Przejrzał je i przekonał się, że są to
dowody śmierci Ernesta Waltera, inaczej Ludwika
Stawskiego, który zmarł w Algierze:
Wokulski zamyślił się.
"Gdybym przed trzema miesiącami dostał te papiery,
kto wie, co by dziś było?... Stawka - piękna, a nade
wszystko jaka szlachetna... jaka szlachetna!... Czy ja
wiem, może ona naprawdę mnie kochała?... Stawka mnie,
a ja tamtą... Co za ironia losu!..."
Rzucił papiery na biurko i przypomniał sobie ten mały,
czysty salonik, w którym tyle wieczorów przepędził z
panią Stawską, gdzie czuł się tak spokojnym.
"No - mówił - i odrzuciłem szczęście, które samo
wpadło mi w ręce... Ale czy może być szczęściem to,
czego nie pragniemy?...
I jeżeli ona choć przez jeden dzień tyle cierpiała co
ja?...
Okrutne jest to urządzenie świata, na którym dwoje
ludzi nieszczęśliwych z tego samego powodu nie mogą
sobie pomóc...
Dokumenta o śmierci Stawskiego leżały kilka dni, a
Wokulski jeszcze nie zdecydował się, co z nimi zrobić.
Z początku wcale o nich nie myślał, potem, gdy mu
coraz częściej wpadały w oczy lub pod rękę, zaczął
doświadczać wyrzutów sumienia.
"Ostatecznie - mówił - sprowadziłem je dla pani
Stawskiej, więc trzeba to oddać pani Stawskiej; ale
gdzie ona jest?... Nie wiem... Zabawna byłaby historia,
gdybym się z nią ożenił... Miałbym towarzystwo.
Helunia miłe dziecko... miałbym cel w życiu. No, ale
ona sama nie zrobiłaby interesu... Cóż bym jej
wreszcie powiedział? Jestem chory, potrzebuję
dozorczyni i dlatego ofiaruję pani kilkanaście tysięcy
rubli rocznie... Nawet pozwolę się pani kochać,
chociaż sam... Mam już dosyć miłości..."
Dzień schodził za dniem, a Wokulski nie wymyślił
sposobu odesłania papierów pani Stawskiej. Trzeba by
dowiedzieć się, gdzie mieszka, napisać list
rekomendowany, oddać go na pocztę... W końcu
przypomniał sobie, że najprostszą rzeczą będzie
wezwać Rzeckiego (z którym nie widział się od kilku
tygodni) i jemu oddać dokumenta: Lecz chcąc wezwać
Rzeckiego, trzeba dzwonić na lokaja, posłać go do
sklepu...
"Aaa... dajcież mi spokój !" - mruknął.
Wziął się znowu do czytania, tym razem podróży.
Zwiedził Stany Zjednoczone, Chiny, ale papiery pani
Stawskiej nie dawały mu spokoju. Rozumiał, że coś
trzeba zrobić z nimi, a czuł, -że on nic nie zrobi.
Taki stan ducha jego samego zaczął dziwić.
"Myślę przecież prawidłowo - mówił - no, o ile
nie przeszkadzają mi wspomnienia... Czuję
prawidłowo... ach, nawet zanadto prawidłwo ! Tylko...
nie chce mi się załatwić tego interesu i zresztą
żadnego... Jest to więc modna dzisiaj choroba woli...
Pyszny wynalazek !... Ależ ja, u diabła, nigdy nie
stosowałem się do mody... W końcu, co mi tam moda czy
nie moda; jest mi z nią dobrze, zatem...
Właśnie kończył podróż do Chin, kiedy przyszło mu
na myśl, że gdyby on miał wolę, to mógłby prędzej
czy później zapomnieć i o pewnych wypadkach, i o
pewnych osobach.
"A tak mnie to dręczy... tak dręczy.!..." -
szepnął.
Już zupełnie stracił rachubę czasu.
Pewnego dnia gwałtem wszedł do niego Szuman.
- No, jakże tam? - spytał. - Czytamy, widzę...
powieści, dobrze... podróże, doskonale... Nie
miałbyś ochoty wyjść na spacer? Ładny dzień, a
przez pięć tygodni chyba nacieszyłeś się swoim
mieszkaniem...
- Ty z dziesięć lat cieszyłeś się swoim - odparł
Wokulski.
- Racja! Ale ja miałem zajęcie, badałem ludzkie włosy
i myślałem o sławie. Nade wszystko zaś nie miałem na
karku interesów cudzych i swoich. Przecież za kilka
tygodni będzie sesja tej spółki do handlu z
cesarstwem...
- Wycofuję się z niej...
- Proszę... Dobra myśl - mówił z ironią Szuman. - I
jeszcze, ażeby cię lepiej ocenili, pozwól im wziąć
na dyrektora Szlangbauma. On ich urządzi!... tak jak
mnie... Genialna rasa te Żydki, ale cóż to za
łajdaki!...
- No, no, no...
- Tylkoż ty ich nie broń przede mną - zawołał
gniewnie Szuman - bo ja ich nie tylko znam, ale i
odczuwam... Dałbym gardło, że już w tej chwili
Szlangbaum kopie pod tobą doły w owej spółce, i
jestem pewny, że się tam wkręci, bo jakżeby polska
szlachta mogła obejść się bez Żyda...
- Widzę, że nie lubisz Szlangbaunla?
- Owszem, nawet podziwiam go i chciałbym naśladować,
ale nie potrafię! A właśnie teraz zaczyna się budzić
we mnie instynkt przodków: skłonność do
geszefciarstwa... O naturo! jakżebym chciał mieć z
milion rubli, ażeby zrobić drugi milion, trzeci... i
stać się młodszym bratem Rotszylda. Tymczasem nawet
Szlangbaum wyprowadza mnie w pole... Tak długo
kręciłem się w waszym świecie, żem w końcu utracił
najcenniejsze przymioty mojej rasy... Ale to wielka rasa:
oni świat zdobędą, i nawet nie rozumem, tylko
szachrajstwem i bezczelnością...
- Więc zerwij z nimi, ochrzcij się...
- Ani myślę. Naprzód, nie zerwę z nimi, choćbym się
ochrzcił, a jestem znowu taki fenomenalny Żydziak, że
nie lubię blagować. Po wtóre - jeżeli nie zerwałem z
nimi, kiedy byli słabi, nie zerwę dziś, kiedy są
potężni.
- Mnie się zdaje, że właśnie teraz są słabsi -
wtrącił Wokulski.
- Czy dlatego, że ich zaczynają nienawidzieć"...
- No, nienawiść zbyt silne słowo.
- Dajże spokój, nie jestem ślepy ani głupi... Wiem,
co mówi się o Żydach w warsztatach, szynkach,
sklepach, nawet w gazetach...I jestem pewny, że lada rok
wybuchnie nowe prześladowanie, z którego moi bracia w
Izraelu wyjdą jeszcze mędrsi, jeszcze silniejsi i
jeszcze solidarniejsi... A jak oni wam kiedyś
zapłacą!... Szelmy spod ciemnej gwiazdy, ale muszę
uznać ich geniusz i nie mogę wyprzeć się sympatii...
Czuję, że dla mnie brudny Żydziak jest milszym od
umytego panicza; a kiedy po dwudziestu latach pierwszy
raz zajrzałem do synagogi i usłyszałem śpiewy, na
honor, łzy mi w oczach stanęły... Co tu gadać...
Pięknym jest Izrael triumfujący i miło pomyśleć, że
w tym triumfie uciśnionych jest cząstka mojej pracy!...
- Szuman, zdaje mi się, że masz gorączkę...
- Wokulski, jestem pewny, że masz bielmo, i to nie na
oczach, ale na mózgu...
- Jakże możesz wobec mnie mówić o takich rzeczach?..
- Mówię, bo naprzód, nie chcę być gadem, który
kąsa podstępnie, a po wtóre... ty, Stachu, już nie
będziesz z nami walczył... Jesteś złamany, i to
złamany przez swoich... Sklep sprzedałeś, spółkę
porzucasz... Kariera twoja skończona.
Wokulski spuścił głowę na piersi.
- Pomyśl zresztą - ciągnął Szuman - kto dziś jest
przy tobie?... Ja, Żyd, tak pogardzony i tak skrzywdzony
jak ty... I przez tych samych ludzi... przez wielkich
panów...
- Robisz się sentymentalny - wtrącił Wokulski.
- To nie sentymentalizm!... Bryzgali nam w oczy swoją
wielkością, reklamowali swoje cnoty, kazali nam mieć
ich ideały... A dziś, powiedz sam: co warte są te
ideały i cnoty, gdzie ich wielkość, która musiała
czerpać z twojej kieszeni?... Rok tylko żyłeś z nimi,
niby na równej stopie, i co z ciebie zrobili?... Więc
pomyśl, co musieli zrobić z nami, których gnietli i
kogali przez całe wieki?... I dlatego radzę ci:
połącz się z Żydami. Zdublujesz majątek i jak mówi
Stary Testament, zobaczysz nieprzyjacioły twoje u
podnóżka nóg twoich... Za firmę i dobre słowo oddamy
ci Łęckich, Starskiego i nawet jeszcze kogo na
przykładkę... Szlangbaum to nie dla ciebie wspólnik,
to błazen.
- A jak zagryziecie owych wielkich panów, to co?...
- Z konieczności połączymy się z waszym ludem,
będziemy jego inteligeneją, której dziś nie
posiada... Nauczymy go naszej filozofii, naszej polityki,
naszej ekonomii i z pewnością lepiej wyjdzie na nas
aniżeli na swoich dotychczasowych przewodnikach...
Przewodnikach!... - dodał ze śmiechem.
Wokulski machnął ręką.
- Mnie się zdaje - rzekł - że ty, który chcesz
wszystkich leczyć na marzycielstwo, sam jesteś
marzycielem.
- A toż znowu?... - zapytał Szuman.
- Tak... Nie macie"gruntu pod nogami, a chcecie innych
brać za łeb... Myślcie wy lepiej o uczciwej równości
z innymi, nie o zdobywaniu świata, i nie leczcie cudzych
wad przed uleczeniem własnych, które mnożą wam
nieprzyjaciół. Zresztą ty sam nie wiesz, czego się
trzymać: raz gardzisz Żydami, drugi raz oceniasz ich
zbyt wysoko...
- Gardzę jednostkami, szanuję siłę gromady.
- Wprost przeciwnie, aniżeli ja, który gardzę
gromadami, a niekiedy szanuję jednostki.
Szuman zamyślił się.
- Rób, jak chcesz - rzekł biorąc za kapelusz. - Faktem
jest jednak, że jeżeli ty wyjdziesz ze swojej spółki,
to ona wpadnie w ręce Szlangbauma i całej zgrai
parszywych Żydziaków. Tymczasem gdybyś został,
mógłbyś tam wprowadzić ludzi uczciwych i
przyzwoitych, którzy mają niewiele wad, a wszystkie
żydowskie stosunki.
- Tak czy owak, spółkę opanują Żydzi.
- Ale bez twej pomocy zrobią to Żydzi chederowi, a z
tobą zrobiliby uniwersyteccy.
- Czy to nie wszystko jedno! - odparł Wokulski
wzruszając ramionami.
- Nie wszystko. Nas z nimi łączy rasa i wspólne
położenie, ale dzielą poglądy. My mamy naukę, oni
Talmud, my rozum, oni spryt; my jesteśmy trochę
kosmopolici, oni partykularyści, którzy nie widzą
dalej poza swoją synagogę i gminę. Gdy chodzi o
wspólnych nieprzyjaciół, są wybornymi
sprzymierzeńcami, ale gdy o postęp judaizmu... wówczas
są dla nas nieznośnym ciężarem! Dlatego w interesie
cywilizacji leży, ażeby kierunek spraw był w naszych
rękach. Tamci mogą tylko zaplugawić świat chałatami
i cebulą, ale nie posunąć go naprzód... Pomyśl o
tym, Stachu!...
Uściskał Wokulskiego i wyszedł pogwizdując arię:
"Rachelo, kiedy Pan w dobroci niepojęty..."
"Tak tedy - myślał Wokulski - zanosi się na walkę
między Żydami postępowymi i zacofanymi o naszą
skórę, a ja mam brać w niej udział jako
sprzymierzeniec tych albo tamtych... Piękna rola!:..
Ach, jak mnie to nudzi i nuży..."
Zaczął marzyć, i znowu zobaczył odrapany mur domu
Geista i nieskończoną ilość schodów, na szczycie
których siedział posąg spiżowej bogini, z głową w
chmurach i z zagadkowym napisem u stóp:"Niezmienna i
czysta..."
Przez chwilę, kiedy patrzył na fałdy jej sukni,
śmiać mu się chciało i z panny Izabeli, i ż jej
triumfującego wielbiciela, i z własnych cierpień.
"Czy to podobna?... czy to podobna?... - szepnął. -
Ażebym ja..."
Ale posąg wnet zniknął, a ból powrócił i rozsiadł
się w jego sercu jak wielki pan, któremu nikt nie
sprosta.
W parę dni po wizycie Szumana zjawił się u Wokulskiego
Rzecki. Był bardzo mizerny, podpierał się laską i tak
zmęczył się wejściem na pierwsze piętro, że
zadyszany upadł na krzesło i z trudnością mówił.
Wokulski przeraził się.
- Co tobie, Ignacy?... - zawołał.
- Et, nic!... Trochę starość, trochę... Ut, nic!...
- Ależ ty lecz się, mój drogi, wyjedź gdzie...
- Powiem ci, że próbowałem wyjeżdżać... Już nawet
byłem na kolei. Ale ogarnęła mnie taka tęsknota za
Warszawą i... za naszym sklepem - dodał ciszej - że...
Iii... co tam!... Przepraszam cię, żem tu przyszedł...
- Ty mnie przepraszasz, kochany stary?..
Ja myślałem, że gniewasz się na mnie.
- Ja na ciebie?... - odparł Rzecki wpatrując się w
niego z przywiązaniem. - Ja na ciebie?... - Ale co
tam!... Przypędziły mnie tu interesa i ciężki
kłopot...
- Kłopot?
- Wyobraź sobie, że Klejn aresztowany...
Wokulski cofnął się z krzesłem.
- Klejn i ci dwaj... pamiętasz?... Ten Maleski i
Patkiewicz...
- Za co?
- Oni mieszkali w domu baronowej Krzeszowskiej, no i
trochę, co prawda, szykanowali tego... tego
Maruszewicza... On groził, a ci jeszcze lepiej... W
końcu poleciał na skargę do cyrkułu... Zeszła
policja, zrobił się jakiś skandal i wszystkich trzech
wzięto do kozy.
- Dzieciaki... dzieciaki!... - szepnął Wokulski.
- Ja to samo mówiłem - ciągnął Rzecki. - Naturalnie,
nic im się nie stanie, ale zawsze niemiła historia. Ten
osioł Maruszewicz sam przestraszony... Wpadł do mnie,
przysięgał, że on temu nie winien... Nie mogłem już
wytrzymać i odpowiedziałem mu:"Żeś pan nie winien,
jestem pewny; ale i to pewne, że w naszych czasach Pan
Bóg opiekuj się hultajami... Bo naprawdę to pan
powinieneś siedzieć dziś pod kluczem za fałszowanie
podpisów,, ale nie te lekkoduchy..." Aż
rozpłakał się. Przysiągł, że odtąd wejdzie na
dobrą drogę i że jeżeli dotychczas nie wszedł na
nią, to tylko z twojej winy.
"Byłem pełen najszlachetniejszych zamiarów - mówił
- ale pan Wokulski, zamiast podać mi rękę, zamiast
utwierdzić w zacnych intencjach, zbył mnie
lekceważeniem...
- Poczciwa dusza! - roześmiał się Wokulski. - Cóż
więcej?
- W mieście gadają - mówił Rzecki - że opuszczasz
spółkę...
- Tak...
- I że odstępujesz ją Żydom.
- No, przecież moi wspólnicy nie są starą garderobą,
ażebym mógł ich odstępować - wybuchnął Wokulski. -
Mają pieniądze, mają głowy na karkach... Niech
znajdą ludzi i niech sobie radzą.
- Kogo oni tam znajdą, a choćby znaleźli, komu
zaufają, jeżeli nie Żydom!... A Żydzi na serio
myślą o tym interesie. Nie ma dnia, ażeby nie
odwiedził mnie Szuman albo Szlangbaum, a każdy namawia,
ażebym ja po tobie prowadził spółkę...
- Właściwie ty ją dziś prowadzisz.
Rzecki machnął ręką.
- Twoimi pomysłami i pieniędzmi! - odparł. - Ale
mniejsza... Z tego widzę, że Szuman należy do jednej
partii, a Szlangbaum do drugiej i że potrzebują
sztromanów... Przede mną jeden na drugiego wiesza psy,
ale wczoraj słyszałem, że obie partie już mają się
porozumieć.
- Mądrzy! - szepnął Wokulski.
- Ale ja do nich straciłem serce - odparł Rzecki. -
Jestem przecie stary kupiec i mówię ci, że u nich
wszystko stoi na bladze, szacherce i tandecie.
- Nie bardzo im wymyślaj - wtrącił Wokulski - boć to
przecie my ich wyhodowaliśmy...
- Nie my!... - zawołał gniewnie Rzecki - oni wszędzie
tacy... Gdziekolwiek ich spotkałem: w Peszcie,
Konstantynopolu, w Paryżu i w Londynie, zawsze
widziałem jedną zasadę: dawać jak najmniej, a brać
jak najwięcej, tak we względzie materialnym, jak i w
moralnym... Blichtr... zawsze blichtr!...
Wokulski zaczął chodzić. po pokoju.
- Szuman miał rację - rzekł - że wzrasta do nich
niechęć, kiedy nawet ty...
- Ja nie jestem niechętny... ja już schodzę z pola...
Ale spojrzyj tylko, co się tu dzieje?... Gdzie oni nie
włażą, gdzie nie otwierają sklepów, do czego nie
wyciągają rąk?... A każdy, byle zajął jakie
stanowisko, prowadzi za sobą cały legion swoich,
bynajmniej nie lepszych od nas, nawet gorszych.
Zobaczysz, co zrobią z naszym sklepem: jacy to tam
będą subiekci, jakie towary... I ledwie zagarnęli
sklep, już wkręcają się między arystokrację, już
biorą się do twojej spółki...
- Nasza wina... Nasza wina!... - powtarzał Wokulski. -
Nie możemy odmawiać ludziom prawa do zdobywania
stanowisk, ale możemy bronić własnych.
- Ty sam opuszczasz stanowisko.
- Nie przez nich; oni ze mną uczciwie wychodzili.
- Boś był im potrzebny. Z ciebie i twoich stosunków
zrobili szczebel...
- No, co tam - przerwał Wokulski - obaj nie przekonamy,
się... Ale, ale... Mam tu urzędowe papiery o śmierci
Ludwika Stawskiego.
Rzecki zerwał się z fotelu.
- Męża pani Heleny?... Gdzie?... - mówił
rozgorączkowany,- Ależ to ocalenie dla nas
wszystkich!...
Wokulski podał dokumenta, które Rzecki schwycił
drżącymi rękoma.
- Wieczny odpoczynek i... chwała Bogu!... - prawił
czytając.- No, kochany Stachu, dziś nie ma już żadnej
przeszkody... Zeń się z nią... Ach, gdybyś wiedział,
jak ona cię kocha... Zaraz doniosę o tym biedaczce, a
papiery ty sam zawieź i... oświadcz się z miejsca...
Już widzę, spółka będzie uratowana, a może i
sklep... Paruset ludzi, których uchronisz od nędzy,
pobłogosławi was... Co to za kobieta!... Przy niej
dopiero znajdziesz spokój i szczęście...
Wokulski stanął przed nim i pokiwał głową.
- A ona ze mną znajdzie szczęście? - spytał.
- Szalenie cię kocha... Ty nawet nie domyślasz się...
- A wie ona: co kocha?... Czy ty nie widzisz, że ja już
jestem tylko ruiną, najgorszą, bo moralną... Zatruć
komu szczęście potrafię, ale dać!...
I jeżeli mógłbym dać coś światu, to chyba
pieniądze i pracę, ale... nie dla dzisiejszych ludzi i
jak najdalej od nich.
- Eh, przestań!... - zawołał Rzecki. - Ożeń się z
nią, a zaraz inaczej spojrzysz...
Wokulski śmiał się smutno.
- Tak... ożenić się!... Spętać dobrą i niewinną
istotę, wyzyskiwać najszlachetniejsze uczucia, a
myślą być gdzie indziej... I może jeszcze za rok lub
dwa wymawiać, że dla niej porzuciłem wielkie
zamiary... ,
- Polityka?... - szepnął tajemniczo Rzecki.
- Co tam polityka!... już miałem czas i okazje
rozczarować się do niej... Jest coś ważniejszego od
polityki...
- Może wynalazek tego Geista?... - pytał Rzecki.
- A ty skąd wiesz?
- Od Szumana.
- Ach, prawda!... Zapomniałem, że Szuman musi wiedzieć
o wszystkim. To także talent...
- I bardzo pomocny. Swoją drogą, radzę ci: pomyśl o
pani Stawskiej, bo...
- Ty mi ją odbijesz?... - uśmiechnął się Wokulski. -
Odbij, odbij!... Gwarantuję wam, że nie zaznacie biedy.
- Tfy! dajże spokój!... Ziemia by się zapadła, gdyby
taki stary grat jak ja myślał o podobnej kobiecie. Ale
jest tu ktoś niebezpieczniejszy... Mraczewski... Szaleje
za nią, mówię ci, i już pojechał do niej trzeci czy
czwarty raz... Serce kobiety nie kamień...
- 0!... Mraczewski?... Już nie bawi się w socjalizm?
- Ale skąd! on mówi, że byle człowiek odłożył
pierwszy tysiąc rubli, a jeszcze poznał taką piękną
kobietę jak Stawka, zaraz polityka wywietrzeje mu z
głowy.
- Biedny Klejn był innego zdania - rzekł Wokulski.
-?Co tam Klejn, narwaniec!... Dobry chłopak, ale żaden
subiekt... Mraczewski, oto była perła!... Piękny,
paplał po francusku, a jak on spoglądał na klientki,
jak podkręcał wąsy!... Ten zrobi interes na świecie i
zdmuchnie ci panią Stawską... Zobaczysz!...
Zabrał się do wyjścia, ale jeszcze stanął i rzekł:
- Żeń się z nią, Stachu, żeń... Uszczęśliwisz
kobietę, uratujesz spółkę, a może i sklep ocalisz.
Co tam wynalazki!... Rozumiałbym cele polityczne w tych
czasach, kiedy mogą zajść najdonioślejsze wypadki.
Ale te machiny latające... Chociaż może i one
przydałyby się? - dodał po namyśle. - Ha! zresztą
rób, jak chcesz, ale prędko decyduj się co do
Stawskiej, bo czuję, że Mraczewski nie zaśpi gruszek w
popiele. To frant! Machiny latające... Phy! czy ja
wiem?... Może i to... może i to na coś się przyda.
Wokulski został sam.
"Paryż czy Warszawa?... - myślał. - Tam wielki cel,
ale niepewny, tu paruset ludzi... Na których nie mogę
patrzeć...' - dodał po chwili.
Zbliżył się do okna i jakiś czas wyglądał na
ulicę, po prostu ażeby się przemóc. Ale wszystko
drażniło go: ruch powozów, bieganina pieszych, ich
zafrasowane lub uśmiechnięte twarze. Najbardziej zaś
rozstrajał go widok kobiet. Zdawało mu się, że każda
jest uosobieniem głupoty i fałszu.
"Każda znajdzie swego Starskiego, prędzej lub
później - myślał.- Każda go szuka."
Wkrótce znowu odwiedził Wokulskiego Szuman.
- Mój drogi - zawołał od progu śmiejąc się -
choćbyś miał mnie wyrzucić za drzwi, będę cię
prześladował wizytami...
- Ale owszem, przychodź jak najczęściej - odparł
Wokulski.
- Więc zgadzasz się?... Wybornie!... To połowa
kuracji...Co znaczy jednakże silny mózg!... Po
niecałych siedmiu tygodniach ciężkiej mizantropii już
zaczynasz tolerować gatunek człowieczy, i to jeszcze w
mojej osobie... Cha! Cha! Cha!... Cóż by było, gdyby
wpuścié do twej klatki jakąś szykowną kobietkę...
Wokulski zbladł.
- No, no... wiem, że jeszcze za wcześnie... Choć już
pora, ażebyś zaczął ukazywać się między ludźmi.
To uleczyłoby cię do reszty. Bo weź za przykład mnie
- prawił Szuman. - Dopóki siedziałem w czterech
ścianach, nudziłem się jak diabeł w dzwonnicy; a
dziś ledwiem pokazał się w świecie, już mam tysiące
rozrywek. Szlangbaum chce mnie okpić i z jednego
zdziwienia wpada w drugie, dzień po dniu przekonywając
się, że choć mam tak naiwną minę, przecież z góry
przewidziałem wszystkie jego cugi. To nawet zjednało mi
u niego szacunek...
- Dosyć skromna zabawa - wtrącił Wokulski.
- Zaczekaj ! Drugą uciechę sprawiają mi moi
współwyznawcy ze sfer finansowych, ponieważ zdaje im
się, że ja mam nadzwyczajny spryt do interesów i że
pomimo to będą mną mogli kierować, jak im się
podoba... Wyobrażam sobie ich bolesne rozczarowanie,
kiedy przekonają się, że ani jestem dość sprytnym do
interesów, ani dość głupim, ażeby stać się
pionkiem w ich rękach...
- A tak namawiałeś mnie do wejścia w spółkę z
nimi?..
- To co innego. Ja i dziś jeszcze cię namawiam. Na
ostrożnej spółce z rozumnymi Żydami nikt nigdy nie
stracił, przynajmniej finansowo. Ale co innego być
wspólnikiem, a co innego pionkiem, jakim mnie chcą
zrobić... Ach, te Żydziaki !... zawsze szelmy, w
chałatach czy we frakach...
- Co ci jednak nie przeszkadza uwielbiać ich, a nawet
łączyć się ze Szlangbaumen!?...
- To znowu co innego - odparł Szuman. - Żydzi, moim
zdaniem, są najgenialniejszą rasą w świecie, a przy
tym moją rasą, więc ich podziwiam i w gromadzie
kocham. A co do porozumienia ze Szlangbaumem... Bój się
Boga, Stachu! czyby to była rzecz rozsądna z nasze
strony, gdybyśmy się żarli między sobą wówczas,
kiedy idzie o uratowanie tak świetnego interesu jak
spółka do handlu z cesarstwem?... Ty ją rzucasz, więc
albo runie, albo złapią ją Niemcy i w każdym razie
kraj straci. A tak i kraj zyska, i my...
- Coraz mniej rozumiem cię - wtrącił Wokulski. -
Żydzi są wielcy i Żydzi są szelmy... Szlangbauma
trzeba wyrzucić ze spółki i trzeba go znowu
przyjąć... Raz Żydzi na tym zyskują, to znowu kraj
zyska... Kompletny chaos!..
- Masz, Stachu, mózg przewrócony... To żaden chaos,
najjaśniejsza prawda... W tym kraju tylko Żydzi tworzą
jakiś ruch przemysłowy i handlowy, a więc każde ich
ekonomiczne zwycięstwo jest czystym zyskiem dla kraju...
Nie mam racji?...
- Muszę się nad tym zastanowić - odparł Wokulski. -
No, a jaką jeszcze masz uciechę?..
- Największą. Wyobraź sobie, że na pierwszą wieść
o moich przyszłych sukcesach finansowych już chcą mnie
żenić... Mnie, z moją żydowską mordą i łysiną!...
- Kto?... z kim?..
- Naturalnie, że nasi znajomi, a z kim?... Z kim
zechcę. Nawet z chrześcijanką, i to z pięknej
familii, byłem się ochrzcił...
- A ty?..
- Wiesz co, że gotowem to zrobić przez ciekawość. Po
prostu dla dowiedzenia się: w jaki sposób przekona mnie
o swej miłości chrześcijanka piękna, młoda, dobrze
wychowana, a nade wszystko z porządne familii?... Tu
już miałbym miliony zabaw. Bawiłbym się widząc jej
konkury o moją rękę i serce. Bawiłbym się słysząc,
jak mówi o swej wielkiej ofierze dla dobra rodziny, a
może nawet ojczyzny. Bawiłbym się w końcu śledząc,
w jaki sposób powetowałaby sobie swoją ofiarę: czy
oszukiwałaby mnie starą metodą, to jest potajemnie,
czy nową, to jest jawnie, i może nawet żądając mego
przyzwolenia?...
Wokulski schwycił się za głowę.
- Okropność... - szepnął.
Szuman patrzył na niego spod oka.
- Stary romantyku!... stary romantyku!... - mówił. -
Chwytasz się za głowę, bo w twojej chorej wyobraźni
ciągle jeszcze pokutuje chimera idealnej miłości,
kobiety z anielską duszą... Takich jest ledwie jedna na
dziesięć, więc masz dziewięć przeciw jednemu, że na
taką nie trafisz. A chcesz poznać normę?..: więc
rozejrzyj się w stosunkach ludzkich. Albo mężczyzna
jak kogut uwija się między kilkunastoma kurami, albo
kobieta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą całą
zgraję ogłupiałych wilków czy psów... I powiadam ci,
że nie ma nic bardziej upadlającego jak ściganie się
w takiej gromadzie, jak zależność od wilczycy... W tym
stosunku traci się majątek, zdrowie, serce, energię, a
w końcu i rozum... Hańba temu, kto nie potrafi wydobyć
się z podobnego błota!
Wokulski siedział milczący, z szeroko otwartymi oczyma.
Wreszcie rzekł cichym głosem:
- Masz rację...
Doktór pochwycił go za rękę i gwałtownie targając
nią zawołał:
- Mam rację?... ty to powiedziałeś?... A więc -
jesteś ocalony!... Tak, jeszcze będą z ciebie
ludzie... Pluń na wszystko, co minęło: na własną
boleść i na cudzą nikczemność... Wybierz sobie jaki
cel, jakikolwiek, i zacznij nowe życie. Rób dalej
majątek czy cudowne wynalazki, żeń się ze Stawską
czy zawiąż drugą spółkę, byłeś czegoś pragnął
i coś robił. Rozumiesz? I nigdy nie pozwól nakrywać
się spódnicą... Rozumiesz? Ludzie twojej energii
rozkazują, nie słuchają, prowadzą, nie zaś są
prowadzeni... Kto mając do wyboru ciebie i Starskiego
wybrał Starskiego, ten dowiódł, że niewart nawet
Starskiego... Oto moja recepta, pojmujesz?... A teraz
bądź zdrów i zostań z własnymi myślami.
Wokulski nie zatrzymywał go.
- Gniewasz się? - rzekł Szuman. - Nie dziwię się,
wypaliłem ci tęgiego raka; a to, co jeszcze zostało,
samo zginie. Bywaj zdrów.
Po odejściu doktora Wokulski otworzył okno i rozpiął
koszulę. Było mu duszno, gorąco i zdawało mu się,
że go krew zaleje. Przypomniał sobie Zasławek i
oszukiwanego barona, przy którym on sam odegrywał
wówczas prawie taką rolę, jak dzisiaj przy nim
Szuman...
Zaczął marzyć i obok wizerunku panny Izabeli w
objęciach Starskiego ukazała mu się teraz gromada
zziajanych wilków uganiających się po śniegu za
wilczycą... A on był jednym z nich!...
Znowu ogarnął go ból, a zarazem wstręt i obrzydzenie
do samego siebie.
"Jakim ja nikczemny i głupi!... - zawołał uderzając
się w czoło. Żeby tyle widzieć, tyle słyszeć i
jednakże dojść do podobnego upodlenia... Ja... ja...
ścigałem się ze Starskim i Bóg wie z kim
jeszcze."
Tym razem śmiało wywołał w pamięci obraz panny
Izabeli; śmiało przypatrywał się jej posągowym
rysom, popielatym włosom, oczom mieniącym się
wszystkimi barwami, od niebieskiej do czarnej. I zdawało
mu się, że na jej twarzy, szyi, ramionach i piersiach
widzi, jak piętna, ślady pocałunków Starskiego...
"Miał rację Szuman - pomyślał - jestem naprawdę
uleczony..."
Powoli jednak gniew ostygł w nim, a jego miejsce znowu
zajął żal i smutek.
Przez kilka następnych dni Wokulski już nic nie
czytał. Prowadził ożywioną korespondencję z Suzinem
i dużo rozmyślał.
Myślał, że w obecnym położeniu, prawie od dwu
miesięcy zamknięty w swoim gabinecie; już przestał
być człowiekiem i zaczyna robić się czymś podobnym
do ostrygi, która, siedząc na jednym miejscu, bez
wyboru przyjmuje od świata to, co jej rzuci przypadek.
A jemu co dał przypadek?
Najpierwej podsunął książki, z których jedne
oświeciły go, że jest don Quichotem, a inne obudziły
w nim pociąg do cudownego świata, w którym ludzie
posiadają władzę nad wszelkimi siłami natury.
Więc chciał już nie być don Quichotem i zapragnął
posiadać władzę nad siłami natury.
Potem kolejno wpadali do niego Szlangbaum i Szuman, od
których dowiedział się, że dwie partie żydowskie
walczą między sobą o odziedziczenie po nim kierunku
spółką. W całym kraju nie było nikogo, kto by mógł
dalej rozwijać jego pomysły; nikogo, prócz Żydów,
którzy występowali z całą kastową arogancją,
przebiegłością, bezwzględnością i jeszcze kazali mu
wierzyć, że jego upadek, a ich triumf - będzie
korzystnym dla kraju...
Wobec tego poczuł taki wstręt do handlu, spółek i
wszystkich zysków, że dziwił się samemu sobie: jakim
sposobem on mógł, prawie przez dwa lata, mieszać się
do podobnych rzeczy?
"Zdobywałem majątek dla niej!... - pomyślał. -
Handel... ja i handel!... I to ja zgromadziłem przeszło
pół miliona rubli w ciągu dwu lat, ja zmieszałem się
z ekonomicznymi szulerami, stawiałem na kartę pracę i
życie, no... i wygrałem... Ja - idealista, ja - uczony,
ja, który przecie rozumiem, że pół miliona rubli
człowiek nie mógłby wypracować przez całe życie,
nawet przez trzy życia... A jedyną pociechą, jaką
jeszcze wyniosłem z tej szulerki, jest pewność, żem
nie kradł i nie oszukiwał... Widocznie Bóg opiekuje
się głupcami..."
Potem znowu wypadek przyniósł mu wiadomość o śmierci
Stawskiego w liście z Paryża i od tej chwili kolejno
budziły się w nim wspomnienia pani Stawskiej i Geista.
"Mówiąc prawdę - myślał - powinien bym ten
wyszulerowany majątek zwrócić ogółowi. Biedy i
ciemnoty u nas pełno, a ci ludzie biedni ciemni są
jednocześnie najczcigodniejszym materiałem... Jedyny
zaś na to sposób byłby ożenić się ze Stawską. Ona
z pewnością nie tylko nie paraliżowałaby moich
zamiarów, ale byłaby najwierniejszą pomocnicą. Ona
przecież zna pracę i biedę, i jest taka
szlachetna!..."
Tak rozumował, ale czuł co innego: pogardę dla łudzi,
których chciał uszczęśliwić. Czuł, że pesymizm
Szumana nie tylko poderwał w nim namiętność dla panny
Izabeli, ale jeszcze zatruł jego samego. Trudno mu było
opędzić się przed skutkami słów, że rodzaj ludzki
albo składa się z kur kokietujących koguta, albo z
wilków uganiających się za wilczycą. I że
gdziekolwiek zwróci się, ma dziewięć razy więcej
szans, że trafi na zwierzę aniżeli na człowieka!...
"Niech go diabli wezmą z taką kuracją" -
szepnął.
Teraz począł zastanawiać się nad Szumanem.
Trzej ludzie upatrywali w człowieczym gatunku cechy
mocno zwierzęce: on sam, Geist i Szuman. Ale on
sądził, że zwierzęta w ludzkiej postaci są
wyjątkami, ogół zaś składa się z dobrych jednostek.
Geist twierdził, przeciwnie, że ogół ludzki jest
bydlęcym, a jednostki dobre są wyjątkami; ale Geist
wierzył, że z czasem rozmnożą się ci dobrzy ludzie,
że opanują całą ziemię - i od kilkudziesięciu lat
pracował nad wynalazkiem, który by umożliwił ten
triumf.
Szuman także twierdził, że ogromna większość ludzi
są zwierzętami, lecz ani wierzył w lepszą
przyszłość, ani w nikim nie budził tej otuchy. Dla
niego ludzki rodzaj był już skazany na wiekuiste
bydlęctwo, wśród którego odróżniali się tylko
Żydzi, jak szczupaki między karasianii.
"Piękna filozofia!" - myślał Wokulski.
Czuł jednak, że w jego zranionej duszy, jak w świeżo
zaoranym polu, pesymizm Szumana bystro się pleni. Czuł,
że gaśnie w nim nie tylko miłość, ale nawet żal do
panny Izabeli. Bo jeżeli cały świat składa się z
bydląt, to nie ma dobrej racji ani szaleć za jednym z
nich, ani gniewać się za to, że jest zwierzęciem, nie
lepszym i zapewne nie gorszym od innych.
"Piekielna jego kuracja! - powtarzał. - Ale kto wie,
czy nie słuszna?... Ja fatalnie zbankrutowałem na moich
poglądach; kto mi zaręczy, że i Geist nie myli się w
swoich albo że nie ma racji Szuman?... Rzecki bydlę,
Stawka bydlę, Geist bydlę, ja sam bydlę... Ideały -
to malowane żłoby, w których jest malowana trawa,
niezdolna nikogo nasycić!... Więc co się poświęcać
dla jednych albo uganiać za drugimi?... Po prostu trzeba
się wyleczyć, a potem na odmianę jadać polędwicę
albo ładne kobiety i popijać to dobrym winem... Czasami
coś przeczytać, czasami gdzie wyjechać, wysłuchać
koncertu i tak doczekać starości"
Na tydzień przed sesją, która miała zdecydować o
losach spółki, wizyty u Wokulskiego stały się coraz
częstszymi. Przychodzili kupcy, arystokracja, adwokaci
zaklinając go, ażeby nie opuszczał stanowiska i nie
narażał instytucji, która przecież jest jego
dziełem. Wokulski przyjmował interesantów z tak
lodowatą obojętnością, że nawet nie mieli ochoty
wypowiedzieć mu swoich argumentów; mówił, że jest
znużony i chory i że musi się wycofać.
Interesanci odchodzili bez nadziei; każdy jednak
przyznawał, że Wokulski musi być ciężko chory.
Wychudł, odpowiadał krótko i cierpko, a w oczach
paliła mu się gorączka.
- Zabił się chciwością! - mówili kupcy.
Na parę dni przed ostatecznym terminem Wokulski wezwał
swego adwokata i prosił go o zawiadomienie wspólników,
że stosownie do zawartej z nimi umowy, wycofuje kapitał
i usuwa się ze spółki. Inni mogą zrobić to samo.
- A pieniądze? - spytał adwokat.
- Dla nich już są gotowe w banku; ja zaś mam rachunki
z Suzinem.
Adwokat pożegnał go strapiony. Tegoż dnia przyjechał
do Wokulskiego książę.
- Słyszę nieprawdopodobne rzeczy! - zaczął książę
ściskając go za rękę. - Adwokat pański zachowuje
się tak, jakby pan naprawdę miał zamiar nas
opuścić...
- Czy książę myślał, że żartuję?...
- No, nie... Ja myślę, że pan spostrzegł jakieś
niedogodności w naszej umowie i...
- I targuję się, ażeby zmusić was do podpisania
innej, która zmniejszy wasze procenta, a zwiększy moje
dochody... - pochwycił Wokulski. - Nie, książę,
usuwam się zupełnie na serio.
- Więc robi pan zawód swoim wspólnikom...
- Jaki? Panowie sami zawiązaliście ze mną spółkę
tylko na rok i sami żądaliście takiego prowadzenia
interesów, ażeby w ciągu miesiąca po rozwiązaniu
umowy każdy wspólnik mógł wycofać swój wkład. To
było wasze wyraźne żądanie. Ja zaś przekroczyłem je
o tyle, że zwrócę pieniądze nie w miesiąc dopiero,
ale w godzinę po rozwiązaniu spółki.
Książę upadł na fotel.
- Spółka zostanie - rzekł cicho - ale na miejsce pana
wejdą do niej starozakonni...
- To już z wyboru panów.
- Żydowszczyzna w naszej spółce!... - westchnął
książę. - Oni nawet na posiedzeniach gotowi rozmawiać
po żydowsku... Nieszczęsny kraj! nieszczęsny
język!...
- Nie ma obawy - wtrącił Wokulski. - Większość
naszych wspólników ma zwyczaj rozmawiać na sesjach po
francusku i językowi nic się nie stało, więc chyba
nie zaszkodzi mu i kilka frazesów w żargonie.
Książę zarumienił się.
- Ależ starozakonni, panie... obca rasa... Teraz jeszcze
zaczęła się przeciw nim jakaś niechęć...
- Niechęć tłumu niczego nie dowodzi. Lecz któż
zresztą broni panom zebrać odpowiednie kapitały, jak
to zrobili Żydzi, i powierzyć je nie Szlangbaumowi, ale
któremu z chrześcijańskich kupców?
- Nie znamy takiego, któremu można by zaufać.
- A Szlangbauma znacie?...
- Przy tym u nas nie ma ludzi dość zdolnych - wtrącił
książę.- To są subiekci, nie finansiści...
- A ja czym byłem?... Także subiektem i nawet
restauracyjnym chłopcem; mimo to spółka przyniosła
zapowiedziany dochód.
- Pan jesteś wyjątkiem...
- Któż panom zaręczy, że nie znaleźlibyście więcej
takich wyjątków w piwnicach i za kontuarami.
Poszukajcie.
- Starozakonni sami do nas przychodzą...
- Otóż to!... - zawołał Wokulski. - Żydzi
przychodzą albo wy do nich, ale chrześcijański
parweniusz do was nawet przyjść nie może, bo tyle
napotyka zawad po drodze... Wiem coś o tym. Wasze drzwi
tak szczelnie są zamknięte przed kupcem i
przemysłowcem, że albo trzeba je zbombardować setkami
tysięcy rubli, ażeby się otworzyły, albo wciskać
się jak pluskwa... Uchylcie trochę tych drzwi, a może
będziecie mogli obchodzić się bez Żydów.
Książę zasłonił rękoma oczy.
- O, panie Wokulski, to... bardzo słuszne, co pan mówi,
ale i bardzo gorzkie... bardzo okrutne... Mniejsza
jednak... Rozumiem pański żal do nas, ależ... są
jakieś obowiązki względem ogółu...
- No, ja nie uważam tego za pełnienie obowiązków, że
od mego kapitału miałem piętnaście procent rocznie. I
nie sądzę, ażebym był gorszym obywatelem
poprzestając na pięciu...
- Ależ my wydajemy te pieniądze - odparł już
obrażony książę. - Ludzie żyją około nas...
- I ja będę wydawał. Pojadę na lato do Ostendy, na
jesień do Paryża, na zimę do Nizzy...
- Przepraszam!... Nie tylko za granicą żyją z nas
ludzie.. Iluż tutejszych rzemieślników...
- Czeka na swoje należności po roku i dłużej -
pochwycił Wokulski. - My obaj, mości książę, znamy
takich protektorów krajowego przemysłu, mieliśmy ich
nawet w naszej spółce...
Książę zerwał się z fotelu.
- Aaa!... to się nie godzi, panie Wokulski - mówił
zadyszany.- Prawda, są wśród nas duże wady, są
grzechy, ale żadnego z nich nie popełniliśmy względem
pana... Miałeś naszą życzliwość... szacunek...
- Szacunek!... - zawołał śmiejąc się Wokulski. - Czy
książę sądzi, że nie zrozumiałem, na czym on
polegał i jakie zapewniał mi stanowisko między
wami?... Pan Szastalski, pan Niwiński, nawet... pan
Starski, który nigdy nic nie robił i nie wiadomo skąd
brał pieniądze, o dziesięć pięter stali wyżej ode
mnie w waszym szacunku. Co mówię... Lada zagraniczny
przybłęda bez trudu dostawał się do waszych salonów,
które ja musiałem dopiero zdobywać, choćby...
piętnastym procentem od powierzonych mi kapitałów!...
To oni, to ci ludzie, nie ja, posiadali wasz szacunek,
ba! mieli nierównie rozleglejsze przywileje... Choć
każdy z tych wyżej oszacowanych mniej jest wart
aniżeli mój szwajcar sklepowy, bo on coś robi i
przynajmniej nie gnoi ogółu...
- Panie Wokulski, krzywdzisz nas... Rozumiem, o czym pan
mówisz, i na mój honor, wstydzę się... Ależ my nie
odpowiadamy za występki jednostek...
- Owszem, wy wszyscy odpowiadacie, bo owe jednostki
wyrosły pośród was, a to, co książę nazywasz
występkiem, jest tylko owocem waszych poglądów, waszej
pogardy dla wszelkiej pracy i wszelkich obowiązków.
- Żal mówi przez pana... - odparł książę
zabierając się do wyjścia. - Żal słuszny, ale może
niewłaściwie skierowany... Żegnam pana. Więc
zostawiasz nas na pastwę starozakonnym?...
- Mam nadzieję, że porozumiecie się z nimi lepiej niż
z nami rzekł Wokulski z ironią.
Książę miał łzy w oczach.
- Myślałem - mówił wzruszony - że będziesz pan
złotym mostem między nami a tymi, którzy... coraz
więcej odsuwają się od nas...
- Chciałem być mostem, ale podpiłowano go i zawalił
się... - odpowiedział Wokulski kłaniając się.
- Wracajmy więc do okopów Świętej Trójcy!...
- To jeszcze nie okopy... to dopiero spółka z Żydami.
- Tak pan mówisz?... - zapytał książę blednąc. - A
więc ja... nie należę do tej spółki... Nieszczęsny
kraj!...
Kiwnął głową i wyszedł.
Nareszcie odbyła się sesja rozstrzygająca losy
spółki do handlu z cesarstwem.
Przede wszystkim zarząd, utworzony przez Wokulskiego,
złożył sprawozdanie za rok ubiegły. Okazało się,
że obroty przewyższały kilkanaście razy kapitał,
który przyniósł nie piętnaście, ale osiemnaście
procent zysku. Wspólnicy słuchając tego byli wzruszeni
i na wniosek księcia podziękowali zarządowi i
nieobecnemu Wokulskiemu przez powstanie.
Potem podniósł się adwokat Wokulskiego i oświadczył,
że jego klient z powodu choroby wycofuje się nie tylko
od zarządu, ale nawet od udziału w spółce. Wszyscy od
dawna byli przygotowani na tę wiadomość, niemniej
zrobiła wrażenie bardzo przygnębiające. Korzystając
z przerwy książę poprosił o głos i zawiadomił
obecnych, że skutkiem usunięcia się Wokulskiego i on
występuje ze spółki. Co powiedziawszy zaraz opuścił
salę obrad; na odchodne zaś rzekł do któregoś ze
swoich przyjaciół?
- Nigdy nie miałem zdolności do operacji handlowych, a
Wokulski jest jedynym człowiekiem, któremu mogłem
powierzyć honor mego nazwiska. Dziś nie ma jego, więc
i ja nie mam tu co robić.
- Ale dywidenda?... - szepnął przyjaciel.
Książę spojrzał na niego z góry.
- To, com robił, robiłem nie dla dywidendy, ale dla
nieszczęśliwego kraju - odparł. - Chciałem do naszej
sfery wlać trochę świeżej krwi i świeższych
poglądów; muszę jednak wyznać, żem przegrał, i to
nie z winy Wokulskiego... Biedny ten kraj!...
Wyjście księcia, aczkolwiek nieoczekiwane, zrobiło
mniejsze wrażenie; obecni bowiem już byli uprzedzeni,
że spółka utrzyma się.
Teraz wystąpił jeden z adwokatów i drżącym głosem
odczytał bardzo piękną mowę, której treścią było
to, że z usunięciem się Wokulskiego spółka traci nie
tylko kierownika, ale i pięć szóstych kapitału.
"Powinna by więc upaść - ciągnął mówca - i
gruzami swoimi zasypać cały kraj, tysiące
pracowników, setki rodzin..."
Tu przerwał czekając na efekt. Ale obecni zachowywali
się obojętnie, z góry wiedząc, co nastąpi dalej.
Adwokat zabrał znowu głos i wezwał obecnych, ażeby
nie tracili męstwa."Znalazł się bowiem zacny
obywatel, człowiek fachowy, nawet przyjaciel i wspólnik
Wokulskiego, który jest zdecydowany jak Atlas niebo
podeprzeć zachwianą spółkę. Mężem tym, który chce
obetrzeć łzy tysiącom, ocalić kraj od ruiny, handel
popchnąć na nowe drogi...
W tym miejscu wszyscy obecni zwrócili głowy ku
krzesłu, na którym siedział spotniały i zarumieniony
Szlangbaum.
- Mężem tym - zawołał adwokat - jest pan...
- Mój syn, Henryś... - odezwał się głos z kąta.
Ponieważ ten efekt nie był oczekiwany, więc sala
zatrzęsła się od śmiechu. Swoją drogą zarząd
spółki udał radosne zdziwienie, zapytał obecnych: czy
chcą przyjąć pana Szlangbauma na wspólnika i
kierownika? a otrzymawszy jednomyślne zezwolenie,
wezwał nowego kierownika na fotel prezydialny.
Tu znowu zrobiło się małe zamieszanie."Natychmiast
bowiem zażądał głosu Szlangbaum ojciec i
wypowiedziawszy kilka pochwał synowi i zarządowi,
postawił wniosek, że spółka nie może gwarantować
wspólnikom więcej nad dziesięć procent rocznego
zysku.
Powstał hałas, kilkunastu mówców zabrało głos i po
bardzo ożywionych rozprawach uchwalono, że spółka
przyjmuje nowych członków wskazanych przez pana
Szlangbauma, a kierunek spraw powierza temuż panu
Szlangbaumowi.
Ostatnim epizodem było przemówienie doktora Szumana,
którego wezwano na członka zarządu, ale który
odmawiając przyjęcia tak zaszczytnego stanowiska w
szyderczy sposób pozwolił sobie zażartować ze
spółki między arystokracją i Żydami.
"Jest to jakby nieślubne małżeństwo - mówił. -
Ale ponieważ z takich związków rodzą się niekiedy
genialne dzieci, miejmy więc nadzieję, że i nasza
spółka wyda jakieś niezwykłe owoce..."
Zarząd był zaniepokojony, garstka obecnych oburzona;
ale większość dała doktorowi rzęsiste brawo.
Wokulski najdokładniej znał przebieg sesji: przez cały
bowiem następny tydzień odwiedzano go i zasypywano
listami lub anonimami.
Przy tej sposobności odkrył w sobie nowy i dziwny
nastrój duszy. Zdawało mu się, że pękły w nim
wszystkie nici łączące go z ludźmi, że są mu
obojętni, że go nic nie obchodzi, co ich obchodzi.
Słowem, że jest podobny do aktora, który skończywszy
rolę na scenie, gdzie przed chwilą śmiał się,
gniewał lub płakał, zasiadł obecnie między widzami i
na grę swoich kolegów patrzy jak na zabawę dzieci.
"Czego oni się tak rzucają?... Co to za
głupstwa!..." - myślał.
Zdawało mu się, że spoza świata patrzy na ten świat,
a jego sprawy widzi z jakiejś nowej strony, której
dotychczas nie spostrzegał.
Przez parę pierwszych dni nachodzili go wspólnicy,
pracownicy albo klienci spółki, niezadowoleni z
wejścia Szlangbauma, a może zatrwożeni o swoją
przyszłość. Ci po największej części namawiali go,
ażeby wrócił na porzucone stanowisko, które jeszcze
może zająć, gdyż kontrakt ze Szlangbaumem nie
podpisany.
Niektórzy w tak smutnych barwach przedstawiali swoje
położenie, a nawet płakali, że Wokulski doznał
wzruszenia.
Lecz zarazem odkrył w sobie taką obojętność, taki
brak współczucia dla cudzej niedoli, że sam się
zadziwił.
Coś we mnie umarło!..." - myślał i odprawił
interesantów z niczym.
Potem przyszła druga fala odwiedzających, którzy pod
pozorem podziękowania mu za oddane usługi chcieli
zaspokoić ciekawość i zobaczyć, jak wygląda ten
niegdyś silny człowiek, o którym teraz mówiono, że
całkiem zniedołężniał.
Ci już nie prosili go, ażeby wszedł znowu do spółki,
tylko wychwalali jego minioną działalność i mówili,
że nieprędko znajdzie się działacz podobny do niego.
Trzecia fala gości odwiedzała Wokulskiego nie wiadomo
po co. Bo nawet już nie mówili mu komplementów, ale
coraz częściej wspominali o Szlangbaumie, jego energii
i zdolnościach.
Z gromady wizytujących wyróżnił się furman Wysocki.
Przyszedł pożegnać się ze swoim dawnym chlebodawcą;
chciał nawet coś powiedzieć, lecz nagle rozpłakał
się, ucałował go w obie ręce i wybiegł z pokoju.
Mniej więcej to samo powtarzało się w listach... W
jednych znajomi i nieznajomi zaklinali go, ażeby nie
cofał się od interesów, ustąpienie jego bowiem
będzie klęską dla kraju. Inni chwalili jego minioną
działalność lub żałowali go; jeszcze inni radzili mu
połączyć się ze Szlangbaumem, jako z człowiekiem
bardzo zdolnym i myślącym o dobru ogółu. Za to w
anonimach wymyślano mu bez miłosierdzia, że zgubiwszy
rok temu przemysł krajowy przez sprowadzanie obcych
wyrobów, dziś zgubił handel sprzedawszy go Żydom.
Nawet wymieniano sumę.
Wokulski całkiem spokojnie rozmyślał nad tymi
rzeczami. Zdawało mu się, że już jest zmarłym
człowiekiem, który patrzy na własny pogrzeb. Widział
tych, co żałowali go, co go chwalili, co mu
złorzeczyli; widział swego następcę, do którego
dziś zaczęły zwracać się sympatie ogółu, a
nareszcie zrozumiał, że jest zapomniany i nikomu
niepotrzebny. Był podobny do rzuconego w wodę kamienia,
nad którym w pierwszej chwili powstaje wir i zamęt, a
później tylko rozbiegają się fale coraz mniejsze,
coraz mniejsze... I w końcu nad miejscem, gdzie upadł,
tworzy się gładkie zwierciadło wody, gdzie znowu
przebiegają fale, lecz zrodzone już w innych punktach,
wywołane przez kogo innego.
"No, ale co dalej?... - mówił do siebie. - Z nikim
nie żyję... nic nie robię... cóż dalej?..."
Przypomniał sobie, że Szuman radził mu upatrzyć
jakiś cel w życiu. Rada dobra, ale... jak ją wykonać,
kiedy on sam nie czuł żadnego pragnienia, nie miał
sił ani ochoty?... Był jak zeschły liść, który tam
pójdzie, gdzie nim wiatr rzuci.
"Kiedyś przeczuwałem ten stan - myślał - ale dziś
widzę, że nie miałem o nim pojęcia...
Pewnego dnia usłyszał w przedpokoju głośny spór.
Wyjrzał i zobaczył Węgiełka, którego lokaj nie
chciał puścić do pokoju.
- Ach, to ty! - rzekł Wokulski. - Chodźże no... Co u
was słychać?
Węgiełek z początku przypatrywał mu się z miną
niespokojną; stopniowo jednak ożywił się i nabrał
otuchy.
- Mówili - rzekł z uśmiechem - że wielmożny pan już
na ostatnich nogach, ale, widzę, łgali. Zmizerniał
pan, bo zmizerniał, ale na księżą oborę to już
żadnym sposobem pan nie patrzy...
- Cóż słychać? - powtórzył Wokulski.
Węgiełek szeroko opowiedział mu, że już ma dom,
lepszy od tamtego, co się spalił, i że ma mnóstwo
roboty. Dlatego właśnie przyjechał do Warszawy, ażeby
kupić materiały i zabrać choćby ze dwu pomocników.
- Fabrykę mógłbym założyć, mówię wielmożnemu
panu!... - zakończył Węgiełek.
Wokulski słuchał go milcząc. Nagle zapytał:
- A z żoną jesteś szczęśliwy?
Cień przeleciał po twarzy Węgiełka.
- Dobra kobieta, wielmożny panie, ale... Wreszcie przed
panem powiem jak przed Bogiem... Trochę nam już nie
tak... Zawsze to prawda, że czego oczy nie widzą, tego
sercu nie żal; ale jak raz zobaczą...
Otarł łzy rękawem.
- Co to znaczy!... - zdziwił się Wokulski.
- Ot, nic. Wiem przecie, kogo wziąłem, alem był
spokojny, bo kobieta dobra, cicha, pracowita i
przywiązana do mnie jak ten pies. No, ale co z tego?..
Dopótym był spokojny, dopókim nie zobaczył jej
dawnego gacha czy jak tam...
- Gdzie?...
- W Zasławiu, panie - ciągnął Węgiełek. - Jednej
niedzieli poszliśmy z Marysią na zamek; chciałem jej
pokazać ten potok, gdzie zginął kowal, i ten kamień,
co na nim wielmożny pan kazał mi wyciąć napis. Wtem
patrzę, jest powóz pana barona Dalskiego, co ożenił
się z wnuczką nieboszczki pani Zasławskiej...
Dobra to była pani, niech jej Bóg da wieczne
odpocznienie!...
- Znasz barona? - spytał Wokulski.
- Ojej! - odparł Węgiełek - przecie pan baron
gospodaruje teraz dobrami po nieboszczce, dopóki się
tam coś nie zrobi. A ja już za jego rządów
wyklejałem pokoje i poprawiałem okna. Znam go!...
rzetelny pan i hojny...
- Cóż dalej?
- Więc mówię wielmożnemu panu, stoimy w zamku z
Marysią i patrzymy na potok, aż ci na jeden raz
włażą między gruzy: pani baronowa, niby wnuczka
nieboszczki, i ten psubrat Starszczak...
Wokulski rzucił się na krześle.
- Kto?... - szepnął.
- Ten pan Starski, także wnuk po nieboszczce pani
Zasławskiej, co
się podlizywał jej za życia, a teraz chce zwalić
testament, bo mówi, że babka przed śmiercią
zwariowała... Taki to on!
Odpoczął i ciągnął dalej:
- Wzięli się z panią baronową pod ręce, patrzyli na
nasz kamień, ale więcej gadali ze sobą i chichotali.
Wtem Starszczak ogląda się. Zobaczył moją żonę i
roześmiał się do niej nieznacznie, a ona tak zbielała
jak chusta...
"Co ci to, Maryś?..." - mówię. A ona:"Nic
mi..." A tymczasem pani baronowa i ten bisurman
zbiegli z górki zamkowej i poszli między leszczynę.
"Co ci to? mówię jeszcze raz do Marysi. - Ino mi
gadaj prawdę, bom zmiarkował, że się z tym cholerą
znasz..." A ona siadła na ziemi i w płacz:
"Żeby go Bóg skarał! - mówi - przecie on
najpierwszy mnie zgubił..."
Wokulski przymknął oczy. Węgiełek zirytowanym głosem
opowiadał :
- Jakem to usłyszał, wielmożny panie, myślałem, że
polecę za nim i choć przy pani baronowej, nogami go
zabiję na miejscu. Taki mnie żal zdjął. Ale wnet
przyszło mi do głowy:"Po cóżeś się, durny, z
nią ożenił? Wiedziałeś przecie, co za jedna..."
I w tym momencie serce mi zemdlało, żem się nawet bał
zejść z górki, a na żonę wcalem nie spojrzał. Ona
mówi:"Gniewasz się?..." A ja:"Pewnieście
się tu spotykali?...""Bogiem się świadczę -
ona odpowiada - żem go tylko wtedy widziała..."
"I dobrzeście się sobie przypatrzyli!... - ja
mówię.- Bodajem był pierwej oślepł, nimem na cię
spojrzał; bodajem zdechł, niżem się z tobą
poznał..." A ona pyta się z płaczem:"Za co
się gniewasz?..." Ja jej wtedy powiedziałem,
pierwszy i ostatni raz:"Świnia jesteś, i
tyle..." - bom już nie mógł wytrzymać. Wtem
patrzę, leci sam pan baron, zakaszlany, aż posiniał, i
pyta:
"Nie widziałeś, Węgiełek, mojej żony?..."
Mnie coś wtedy do łba strzeliło, żem mu
odpowiedział:"Widziałem, jaśnie panie, poszła w
krzaki z panem Starskim. Już mu zabrakło pieniędzy na
kupowanie dziewcząt, to teraz chwyta się
mężatek..." No, jak on na mnie wtedy spojrzał,
choć i pan baron!...
Węgiełek ukradkiem otarł oczy.
- Ot, takie jest moje życie, wielmożny panie. Byłem
spokojny, dopókim nie zobaczył jednego gacha; ale teraz
na kogo spojrzę, wydaje mi się, że i on mój
szwagier... A od żony, choć jej o tym nie gadam, to tak
mnie odpycha... tak mnie odpycha, jakby co między mną i
nią stało... Nawet pocałować jej nie mogę po dawnemu
i żeby nie święta przysięga, to mówię panu, już
bym porzucił dom i leciał gdzie na cztery strony.., A
wszystko tylko z tego idzie, żem do niej przywiązany.
Bo żebym ja jej nie lubił, to co mi tam!... Gospodyni
staranna, dobrze gotuje, pięknie szyje i w domu cichutka
jak pajęczyna. Niechby tam miała gachów.
Ale żem ją lubił, więc przez to taki mam żal i
złość, że się we mnie wszystko pali na popiół...
Węgiełek drżał z gniewu.
- Z początku, wielmożny panie, jakeśmy się pobrali,
tom ino wyglądał dzieci. Ale dziś to mnie strach
bierze, ażebym zamiast mojego dziecka nie zobaczył
gachowego. Bo przecie wiadomo, że jak wyżlica ma raz
szczenięta z kundlem, to później żebyś jej dawał
wyżły najlepsze, zawsze się odezwie kundel w pomiocie,
widać przez zapatrzenie...
- Muszę wyjść - rzekł nagle Wokulski - więc bądź
zdrów... A przed wyjazdem wstąp jeszcze do mnie...
Węgiełek pożegnał go bardzo serdecznie, w przedpokoju
zaś rzekł do lokaja :
- Coś waszemu panu dolega... Zrazu tom myślał, że
zdrów, choć źle wygląda; ale on, widać, nietęgi...
Niech się wami Pan Bóg opiekuje!...
- A widzisz, mówiłem ci, żebyś tam nie właził i
dużo nie gadał odparł pochmurnie lokaj wypychając go
do sieni.
Po odejściu Węgiełka Wokulski wpadł w głęboką
zadumę."Stali naprzeciw mego kamienia i śmieli
się!... - szepnął. - Nawet kamień musiał
zbezcześcić, niewinny kamień."
Przez chwilę zdawało mu się, że znalazł nowy cel,
chodziło tylko o wybór; czy wypalić w łeb Starskiemu
wymieniwszy mu pierwej listę osób, którym zrujnował
szczęście, czyli też - zostawić go przy życiu, lecz
doprowadzić do ostatecznej nędzy i upodlenia?...
Ale wnet przyszedł rozmysł i wydało mu się rzeczą
dziecinną, a nawet niesmaczną, ażeby on miał
poświęcać majątek, pracę i spokojność dla zemsty
nad tego rodzaju człowiekiem.
"Wolałbym zastanawiać się nad tępieniem myszy
polnych albo karaluchów, bo one są rzeczywistą
klęską, a taki Starski... licho wie, co to jest?...
Zresztą niepodobna, ażeby człowiek tak ograniczony
mógł być wyłączną przyczyną tylu nieszczęść. On
jest tylko iskrą, która podpala już gotowe
materiały..."
Położył się na szezlongu i myślał:
"Mnie urządził - dlaczego?... Miał wspólniczkę
najzupełniej godną siebie, no i drugą wspólniczkę:
moją głupotę. Jak można było od razu nie poznać
się na tej kobiecie i zrobić ją bożyszczem dlatego
tylko, że pozowała na istotę wyższą?... Urządził
też Dalskiego, ale kto winien Dalskiemu, że oszalał na
starość dla osoby, której wartość moralna leżała
jak na półmisku... Przyczyną klęsk świata nie są
Starscy ani im podobni, ale przede wszystkim głupota ich
ofiar. A znowu ani Starski, ani panna Izabela, ani pani
Ewelina nie spadli z księżyca, tylko wyhodowali się w
pewnej sferze, epoce i wśród pewnych pojęć. Oni są
jak wysypka, która sama przez się nie stanowi choroby,
ale jest objawem zakażenia społecznych soków. Co się
tu mścić nad nimi, po co ich tępić..."
Tego wieczora. Wokulski pierwszy raz wyszedł na ulicę i
przekonał się, jak jest osłabiony. Kręciło mu się w
głowie od turkotu dorożek i ruchu przechodniów, i po
prostu bał się zbyt daleko odchodzić od mieszkania.
Zdawało mu się, że nie dojdzie do Nowego Światu, że
nie trafi z powrotem albo że mimo woli zrobi jakiś
śmieszny skandal. Nade wszystko zaś lękał się
spotkania znajomej twarzy.
Wrócił zmęczony i wzburzony, ale tej nocy spał
dobrze.
W tydzień po odwiedzinach Węgiełka wpadł Ochocki.
zmężniał, opalił się i wyglądał na młodego
szlachcica.
- A pan skąd? - zapytał go Wokulski.
- Prosto z Zasławka, gdzie siedzę prawie od dwu
miesięcy - odparł Ochocki. - A niechże ich w końcu
diabli wezmą, w jakie wpadłem awantury!...
- Pan?...
- Ja, ja, panie, i w dodatku bez winy. Włosy panu
powstaną na głowie!...
Zapalił papierosa i prawił:
- Nie wiem, czyś pan słyszał, że nieboszczka
prezesowa, oprócz drobnej części, cały swój majątek
zapisała na cele dobroczynne. Szpitale, domy
podrzutków, szkółki, sklepy wiejskie et caetera... A
książę, Dalski i ja należymy do grona wykonawców jej
woli... Bardzo dobrze!...
Już zaczynamy wykonywać, a raczej starać się o
zatwierdzenie testamentu, gdy wtem (będzie z miesiąc)
wraca z Krakowa Starski i oświadcza nam, że w imieniu
pokrzywdzonej rodziny wytoczy proces o zwalenie
testamentu. Naturalnie, książę ani ja nie chcemy o tym
słyszeć; ale baron, którego podburzyła żona,
zbuntowana przez Starskiego, otóż baron zaczyna
mięknąć... Nawet z tej racji przemówiliśmy się
parę razy, a książę wprost zerwał z nim stosunki...
Tymczasem co się dzieje - mówił Ochocki zniżając
głos. - Pewnej niedzieli baron z żoną i ze Starskim
pojechali do Zasławia na spacer. Co tam zaszło?... nie
wiem, dość, że rezultat jest następujący Baron jak
najenergiczniej oświadczył, że testamentu obalić nie
pozwoli, ale to jeszcze nic... Bo tenże baron stanowczo
rozwodzi się ze swoją ubóstwianą małżonką
(słyszałeś pan"...). Ale i to jeszcze nic: gdyż
baron przed dziesięcioma dniami strzelał się ze
Starskim i dostał kulą po wierzchu żeber... Mówię
panu, jakby mu kto hakiem rozdarł skórę od prawej do
lewej strony piersi... zły stary, wrzeszczy, wymyśla,
gorączkuje, ale żonie kazał natychmiast wyjechać do
familii i jestem pewny, że jej nie przyjmie... To twarda
sztuka!... A tak się bestia zawziął, że na łożu
boleści kazał felczerowi, ażeby mu, na złość
żonie, ufarbował łeb i zarost i dziś wygląda na
dwudziestoletniego trupa.
Wokulski uśmiechnął się.
- Z panią dobrze zrobił - rzekł - ale ufarbował się
niepotrzebnie.
- No i po żebrach dostał niepotrzebnie - wtrącił
Ochocki.- A niewiele brakowało, ażeby prześwidrował
mózgownicę Starskiemu!... Kule zawsze ślepe. Mówię
panu, żem przechorował ten wypadek.
- I gdzież teraz jest ten bohater? - spytał Wokulski.
- Starski?... Dmuchnął za granicę, i nie tyle przed
impertynencjami, które go zaczęły spotykać, ile przed
wierzycielami. Panie! co to za majster... Przecież on ma
ze sto tysięcy rubli długów.
Nastało długie milczenie. Wokulski siedział tyłem do
okna ze spuszczoną głową, Ochocki cicho pogwizdując
rozmyślał.
Nagle ocknął się i zaczął mówić jakby do siebie:
- Co to za dziwna plątanina - życie ludzkie! Kto by
się spodziewał, że taki cymbał Starski może zrobić
tyle dobrego... I właśnie z racji, że jest
cymbałem...
Wokulski podniósł głowę i pytająco spojrzał na
Ochockiego.
- Prawda, że dziwne?... - ciągnął Ochocki - a
przecież tak jest. Gdyby Starski był człowiekiem
przyzwoitym i nie awanturował się z młodą panią
baronową, Dalski niezawodnie poparłby jego pretensje do
testamentu, ba! dałby mu nawet pieniędzy na proces,
gdyż zyskałaby na tym i jego żona. Ale że Starski
jest cymbał, więc naraził się baronowi i... uratował
zapisy. Tym sposobem nawet nie urodzone jeszcze pokolenia
chłopów zasławskich powinny błogosławić Starskiego
za to, że umizgał się do baronowej...
- Paradoks!... - wtrącił Wokulski.
- Paradoks!... To są przecie fakta... A cóż pan
sądzisz, czy Starski nie ma zasługi, że uwolnił
barona od takiej żony?... Mówiąc między nami, to
żaba, nie kobieta. Myślała tylko o strojach, zabawach
i kokietowaniu, ja nawet nie wiem, czy ona co kiedy
czytała, czy na co patrzyła z uwagą... Istny kawał
mięsa przy kości, który udawał, że ma duszę, a
miał zaledwie żołądek... Pan jej nie znałeś, pan
nie wyobrażasz sobie, co to jest za automat i jak tam
pod wszelkimi pozorami człowieczeństwa nie było nic
ludzkiego... Że baron nareszcie poznał się na niej,
toż to jakby wygrał wielki los...
- Boże miłosierny! - szepnął Wokulski.
- Co pan mówi? - zapytał Ochocki.
- Nic.
- Ale ocalenie zapisów nieboszczki prezesowej i
uwolnienie barona od takiej żony to dopiero cząstka
zasług Starskiego...
Wokulski przeciągnął się na krześle.
- Bo wyobraź pan sobie, że ten cymbał swoimi umizgami
może przyczynić się do faktu rzeczywiście doniosłego
- mówił Ochocki.- Rzecz jest taka. Ja nieraz
napomykałem Dalskiemu (i zresztą wszystkim, którzy
mają pieniądze), że warto by założyć w Warszawie
gabinet doświadczalny do technologii chemicznej i
mechanicznej. Bo pojmujesz pan, u nas nie ma wynalazków
przede wszystkiem dlatego, że nie ma ich gdzie robić...
Naturalnie, baron słuchał moich wywodów jednym uchem,
a drugim je wypuszczał. Coś mu z tego jednak ugrzęzło
w mózgu, bo dziś, kiedy Starski połaskotał go po
sercu i po żebrach, mój baron, rozmyślając nad
sposobami wydziedziczenia żony, gadał ze mną po
całych dniach o pracowni technologicznej. A na co się
to zda?... A czy ludzie istotnie zrobią się mądrzejsi
i lepsi, gdyby im ufundować pracownię?... A ile by
kosztowała i czy ja podjąłbym się urządzenia
podobnej instytucji?... Kiedym zaś wyjeżdżał, rzeczy
tak stanęły, że baron wezwał do siebie rejenta i
spisali jakiś akt, który, o ile mogę wnosić z
półsłówek, dotyczy właśnie pracowni. Zresztą
Dalski prosił mnie, ażeby mu wskazać facetów zdolnych
do dyrygowania tym interesem. No i patrz pan, czy to nie
ironia losu, ażeby takie zero jak Starski, taki gatunek
publicznego mężczyzny na pociechę nudzących się
mężatek ażeby ten frant był zarodkiem technologicznej
pracowni!... I niechże mi teraz dowodzą, że na
świecie jest coś niepotrzebnego.
Wokulski otarł pot z twarzy, która przy białej chustce
wydawała się prawie popielatą.
- Ale może ja pana męczę?... - zapytał Ochocki.
- Owszem, niech pan mówi... Chociaż... zdaje mi się,
że pan trochę przecenia zasługi tego... pana, a już
całkiem zapomina pan...
- O czym?...
- O tym, że pracownia technologiczna wyrośnie z
cierpień, z gruzów ludzkiego szczęścia. I nawet nie
zadaje pan sobie pytania, jaką drogą przeszedł baron
od miłości dla swojej żony do... pracowni
technologicznej!...
- A cóż mnie to obchodzi! - zawołał Ochocki
wyrzucając rękoma. - Kupić postęp społeczny za
cierpienia choćby najokropniejsze jednostki to,
dalibóg! tanie kupno...
- A czy pan przynajmniej wiesz, jakie bywają cierpienia
jednostek? - spytał Wokulski.
- Wiem! Wiem!... Wyrywali mi przecież bez chloroformu
paznogieć u nogi, i jeszcze u wielkiego palca...
- Paznogieć? - powtórzył w zamyśleniu Wokulski. - A
czy pan zna ten dawny aforyzm:"Niekiedy duch ludzki
rozdziera się i walczy z samym sobą"?... Kto wie,
czy to nie gorsze od wyrywania paznogcia, a może od
zdarcia całej skóry?
- Iii... to jakaś niemęska dolegliwość! - odparł
krzywiąc się Ochocki. - To może kobiety doświadczają
czegoś podobnego przy porodach... Ale mężczyzna...
Wokulski roześmiał się głośno.
- Śmiejesz się pan ze mnie?... - ofuknął Ochocki.
- Nie, tylko z barona... A pan dlaczego nie podjąłeś
się zorganizować pracowni technologicznej?
- Dajże mi pan spokój ! Wolę pojechać do gotowej
pracowni, a nie dopiero tworzyć nową, z której bym nie
doczekał się owoców i sam zmarniał. Na to trzeba
mieć zdolności administracyjne i pedagogiczne, a już
bynajmniej nie myśleć o machinach latających...
- Więc?... - spytał Wokulski.
- Jakie więc?... Byłem odebrał mój kapitalik, jaki
jeszcze mam na hipotece, a o który od trzech lat nie
mogę się doprosić, zmykam za granicę i na serio
biorę się do roboty. Tutaj można nie tylko
rozpróżniaczyć się, ale zgłupieć i skwaśnieć...
- Pracować wszędzie można.
- Facecje!... - odparł Ochocki. - Bo nawet, pominąwszy
brak pracowni, tu przede wszystkim nie ma naukowego
klimatu. To jest miasto karierowiczów, między którymi
istotny badacz uchodzi za gbura albo wariata. Ludzie
uczą się nie dla wiedzy, ale dla posady; a posadę i
rozgłos zdobywają przez stosunki, przez baby, przez
rauty, czy ja wiem wreszcie przez co!... Skąpałem się
w tej sadzawce. Znam prawdziwie uczonych, nawet ludzi z
geniuszem, którzy nagle zatrzymani w swym rozwoju
wzięli się do dawania lekcyj albo do pisania
artykułów popularnych, których nikt nie czyta, a
choćby czytał, nie rozumie. Rozmawiałem z wielkimi
przemysłowcami myśląc, że skłonię ich do popierania
nauki, choćby dla praktycznych wynalazków. I wiesz pan,
com poznał?... Oto oni mają takie wyobrażenie o nauce
jak gęsi o logarytmach. A wiesz pan, jakie wynalazki
zainteresowałyby ich?... Tylko dwa: jeden, który by
wpłynął na zwiększenie dywidend, a drugi, który by
nauczył ich pisać takie kontrakty obstalunkowe, żeby
na nich można było okpić kundmana bądź na cenie,
bądź na towarze. Przecież oni, dopóki myśleli, że
pan zrobisz szwindel na tej spółce do handlu z
cesarstwem, nazywali pana geniuszem; a dziś mówią, że
pan masz rozmiękczenie mózgu, ponieważ dałeś swoim
wspólnikom o trzy procent więcej, aniżeli obiecałeś.
- Wiem o tym - odparł Wokulski.
- No, więc spróbujże pan między takimi ludźmi
pracować dla nauki. Zdechniesz z głodu albo
zidiociejesz!... Ale za to jeżeli będziesz pan umiał
tańczyć, grać na jakim instrumencie, występować w
teatrze amatorskim, a nade wszystko bawić damy, aaa...
to zrobisz pan karierę. Natychmiast ogłoszą pana za
znakomitość i zajmiesz takie stanowisko, na którym
dochody dziesięć razy przeniosą wartość pańskiej
pracy. Rauty i damy, damy i rauty!... A ponieważ ja nie
jestem lokajem, ażebym miał fatygować się na rautach,
a damy uważam za bardzo pożyteczne, ale tylko do
rodzenia dzieci, więc umknę stąd, chociażby do
Zurychu.
- A do Geista nie pojechałbyś pan? - spytał Wokulski.
Ochocki zamyślił się.
- Tam potrzeba setek tysięcy rubli, których ja nie mam
- odparł. - Zresztą, choćbym je miał, musiałbym
pierwej przekonać się, co to jest naprawdę... Bo owe
zmniejszanie ciężaru gatunkowego ciał wygląda mi na
bajkę.
- Przecież pokazywałem panu blaszkę - rzekł Wokulski.
- Aha, prawda... Niech no ją pan pokaże!... - zawołał
Ochocki.
Wokulskiemu wystąpił na twarz chorobliwy rumieniec i
szybko zniknął.
- Już jej nie mam!... - rzekł stłumionym głosem.
- Cóż się z nią stało? - zdziwił się Ochocki.
- Mniejsza!... Przypuść pan, że upadła gdzieś w
kanał... Ale czy do Geista pojechałbyś pan mając na
przykład pieniądze?..
- Owszem, pojechałbym, ale najpierwej dla sprawdzenia
faktu. Bo to, co ja wiem o materiałach chemicznych,
wybacz pan, ale nie godzi się z teorią zmienności
ciężarów gatunkowych poza pewną granicą.
Obaj umilkli, a wkrótce Ochocki opuścił Wokulskiego.
Wizyta Ochockiego zbudziła w Wokulskim nowy prąd
myśli. Poczuł nie tylko chęć, ale żądzę
przypomnienia sobie doświadczeń chemicznych i tego
samego dnia wybiegł na miasto, ażeby kupić retort,
cucek, epruwetek tudzież rozmaitych preparatów.
Pod wpływem tej myśli wyszedł śmiało na ulicę,
nawet wsiadł w dorożkę; na ludzi patrzył obojętnie i
nie doznawał przykrości widząc, że jedni ciekawie
przypatrują mu się, inni go nie poznają, a inni nawet
uśmiechają się złośliwie na jego widok.
Ale już w magazynie szkieł, a jeszcze bardziej w
składzie materiałów aptecznych przyszło mu na myśl,
jak dalece osłabła w nim nie tylko energia, ale wprost
ludzka samodzielność, jeżeli rozmowa z Ochockim
przypomniała mu chemię, którą nie zajmował się od
kilku lat!..
"Wszystko jedno - mruknął - jeżeli mi to czas
zapełni"
Na drugi dzień zakupił wagę precyzyjną i kilka
bardziej skomplikowanych narzędzi i wziął się do
roboty jak uczeń, który dopiero zaczyna studia.
Na początek otrzymał wodór, co przypomniało mu czasy
akademickie, kiedy to wyrabiało się wodór we flaszce
owiniętej ręcznikiem, przy pomocy puszek od szuwaksu.
Jakie to były szczęśliwe czasy!... Potem przyszły mu
na myśl balony jego pomysłu, a potem Geist, który
utrzymywał, że chemia związków wodoru zmieni dzieje
ludzkości...
"No, a gdybym tak ja za parę lat trafił na ów metal,
którego Geist poszukuje? - rzekł do siebie. - Geist
twierdzi, że odkrycie zależy od wypróbowania kilku
tysięcy kombinacji; jest to więc loteria, a ja mam
szczęście... Gdybym zaś znalazł taki metal, co
wówczas powiedziałaby panna Izabela?.."
Gniew zakipiał w nim na to wspomnienie.
"Ach - szepnął - chciałbym być sławnym i
potężnym, ażebym mógł jej dowieść, jak nią
gardzę..."
Potem przyszło mu na myśl, że pogarda nie objawia się
ani gniewem, ani chęcią upokorzenia kogoś, i znowu
zabrał się do roboty.
Elementarne doświadczenia z wodorem sprawiały mu
najwięcej przyjemności, toteż powtarzał je
najczęściej.
Jednego dnia zrobił sobie harmonijkę fizyczną i tak
głośno na niej wygrywał, że nazajutrz odwiedził go
sam właściciel domu zapytując z całą uprzejmością,
czy nie zgodziłby się na odstąpienie swojego
mieszkania od kwartału.
- A ma pan kandydata? - spytał Wokulski.
- To jest... tak jakby... Prawie mam - odpowiedział
zakłopotany gospodarz.
- W takim razie odstąpię.
Gospodarz trochę zdziwił się gotowości Wokulskiego,
ale pożegnał go bardzo zadowolony. Wokulski śmiał
się.
"Oczywiście - myślał - uważa mnie za bzika albo za
bankruta...
Tym lepiej!... Prawdę bowiem powiedziawszy, mogę
doskonale mieszkać w dwu pokojach zamiast ośmiu."
Potem przychodziły chwile, że nie wiadomo dlaczego
żałował pośpiechu w odstąpieniu mieszkania. Ale
wówczas przypomniał sobie barona i Węgiełka.
"Baron - mówił - rozwodzi się z żoną, która
romansowała z innym; Węgiełek stracił serce do swojej
dlatego tylko, że na własne oczy zobaczył jednego z
jej gachów... Cóż bym więc ja powinien
zrobić?..."
I znowu zabierał się do analiz, z przyjemnością
widząc, że nie bardzo stracił wprawę.
Zajęcia te wybornie go pochłaniały. Niekiedy przez
kilka godzin z rzędu nie myślał o pannie Izabeli, a
wtedy czuł, że jego zmęczony mózg naprawdę
wypoczywa. Nawet przygasła w nim obawa ludzi i ulic, i
zaczął coraz częściej wychodzić na miasto.
Jednego dnia pojechał aż do Łazienek; zrobił więcej,
gdyż spojrzał w aleję, po której niegdyś spacerował
z panną Izabelą. Wtem zwabione przez kogoś łabędzie
rozpuściły skrzydła i uderzając nimi o wodę
przyleciały do brzegu. Zwykły ten widok straszne
zrobił wrażenie na Wokulskim: przypomniał mu odjazd
panny Izabeli z Zasławka... Jak szalony uciekł z parku,
wpadł do dorożki i z zamkniętymi oczyma zajechał do
domu.
Tego dnia nie zajmował się niczym, a w nocy miał
dziwny sen.
Śniło mu się, że stanęła przed nim panna Izabela i
ze łzami w oczach zapytywała go, czemu ją porzucił...
Wszakże owa podróż do Skierniewic, rozmowa ze Starskim
i jego umizgi były tylko snem. Wszakże jemu się to
tylko śniło...
Wokulski zerwał się z pościeli i zapalił światło.
"Co tu jest snem?... - pytał się. - Czy podróż do
Skierniewic, czy jej żal i wyrzuty?..."
Do rana nie mógł zasnąć, trapiły go kwestie i
wątpliwości największej wagi.
"Czy osoby, siedzące w słabo oświetlonym wagonie,
mogły odbić się w szybie - myślał - i czy to, co
widziałem wówczas, nie było halucynacją?... Czy
posiadam w tym stopniu język angielski, ażebym nie
mógł przesłyszeć się co do znaczenia niektórych
wyrazów?... Jak ja wyglądam wobec niej, jeżelim
zrobił tak straszny afront bez powodu?...
Przecież kuzyni, i jeszcze znający się od dziecka,
mogą prowadzić nawet dość drastyczne rozmowy nie
zdradzając niczyjego zaufania?...
Co ja zrobiłem, nieszczęśliwy, jeżelim się omylił
tylko pod wpływem nieusprawiedliwionej zazdrości!...
Wszakże ten Starski kochał się w baronowej, panna
Izabela wiedziała o tym i już chyba nie miałaby wstydu
romansując z cudzym kochankiem..."
Potem przypomniał sobie swoje życie obecne, tak puste,
tak okropnie puste!... Zerwał z dotychczasowymi
zajęciami, zerwał z ludźmi i już nie miał przed
sobą nic, no - nic. Co dalej pocznie?... Czy ma czytać
fantastyczne książki? Czy robić bezcelowe
doświadczenia? Czy jechać gdzie? Czy ożenić się ze
Stawską?... Ależ cokolwiek z tego wybierze,
gdziekolwiek pójdzie, nigdy nie pozbędzie się ani
żalu, ani uczucia samotności!
"No, a baron?... - rzekł do siebie. - Ożenił się ze
swoją panną Eweliną i co?... Myśli dziś o
założeniu pracowni technologicznej, on, który może
nawet nie rozumie, co znaczy technologia..."
Dzień i kąpiel pod prysznicem nadały znowu inny
kierunek myślom Wokulskiego.
"Mam, co najmniej, trzydzieści do czterdziestu
tysięcy rubli rocznie; wydam na siebie dwa do trzech
tysięcy, cóż zrobię z resztą, co z majątkiem,
który mnie wprost przytłacza?... Za taką sumę
mógłbym ustalić byt tysiącowi rodzin ; ale co mi z
tego, jeżeli jedne z nich będą nieszczęśliwymi jak
Węgiełek, a inne odwdzięczą mi się tak jak dróżnik
Wysocki?..."
Znowu przypomniał sobie Geista i jego tajemniczy
warsztat, w którym wykluwał się zarodek nowej
cywilizacji. Tam włożony majątek i praca opłaciłaby
się milion milionów razy. Tam był i cel kolosalny, i
sposób zapełnienia czasu, a w perspektywie sława i
potęga, jakiej nie widziano na świecie... Pancerniki
unoszące się w powietrzu!... czy mogło być coś
niezmierniejszego w skutkach?...
"A jeżeli nie ja znajdę ów metal, tylko ktoś inny,
co jest bardzo prawdopodobne?..." - pytał sam
siebie.
"No to i cóż? - odpowiadał. - W najgorszym razie
należałbym do tych kilku, którzy wynalazek posunęli
naprzód. Taka sprawa warta przecie ofiary z
bezużytecznego majątku i bezcelowego życia. Więc
lepiej tu zmarnować się w czterech ścianach albo
zgłupieć przy preferansie aniżeli tam sięgać po
bezprzykładną chwałę.?..."
Stopniowo w duszy Wokulskiego coraz wyraźniej począł
zarysowywać się jakiś zamiar; lecz im dokładniej
pojmował go, im więcej odkrywał w nim zalet, tym
lepiej czuł, że do wykonania brakuje mu energii, a
nawet pobudki.
Wola jego była zupełnie sparaliżowana; ocucić ją
mogło tylko silne wstrząśnienie. Tymczasem
wstrząśnienie nie przychodziło, a codzienny bieg
wypadków pogrążał Wokulskiego w coraz głębszej
apatii.
"Już nie ginę, ale gniję" - mówił do siebie.
Rzecki, który odwiedzał go coraz rzadziej, patrzył na
niego z przerażeniem.
- Żle robisz, Stachu - odzywał się nieraz. - Żle,
źle, źle!... Lepiej nie żyć aniżeli tak żyć...
Pewnego dnia służący oddał Wokulskiemu list
zaadresowany kobiecą ręką.
Otworzył go i przeczytał:
"Muszę się z panem widzieć, czekam dziś o trzeciej
po południu ; - Wąsowska"
"Czego ona może chcieć ode mnie?..." - zapytał
zdumiony.
Ale przed trzecią pojechał.
Punkt o trzeciej Wokulski znalazł się w przedpokoju
Wąsowskiej.
Lokaj, nawet nie pytając, kim jest, otworzył drzwi do
salonu, po którym szybkimi krokami spacerowała piękna
wdowa.
Była w ciemnej sukni, doskonale uwydatniającej jej
posągową figurę; rude włosy, jak zwykle, były
zebrane w ogromny węzeł, ale zamiast szpilki tkwił w
nich wąski sztylecik ze złotą rękojeścią.
Na jej widok ogarnęło Wokulskiego osobliwe uczucie
radości i rozrzewnienia; podbiegł do niej i gorąco
ucałował jej rękę.
- Nie powinna bym mówić z panem!... - rzekła pani
Wąsowska wydzierając mu rękę
- W takim razie po cóż mnie pani wezwała? - odparł
zdziwiony. Zdawało mu się, że go na wstępie oblano
zimną wodą.
- Niech pan siada.
Wokulski siadł milcząc; pani Wąsowska wciąż
chodziła po salonie.
- Doskonale się pan popisuje, nie ma co mówić!... -
zaczęła po chwili wzburzonym głosem. - Naraził pan
osobę z towarzystwa na plotki, jej ojca na chorobę,
całą rodzinę na przykrości... Zamyka się pan po
parę miesięcy w domu, robi pan zawód kilkunastu
ludziom, którzy mu nieograniczenie ufali, a potem nawet
poczciwy książę wszystkie pańskie dziwactwa nazywa
"przyczynkiem do działalności kobiet..."
Winszuję panu... Gdybyż to jeszcze zrobił jaki
student...
Nagle umilkła... Wokulski był strasznie zmieniony.
- Ach, cóż znowu, przecież mi pan chyba nie
zemdlejesz?.. - rzekła przestraszona. - Dam panu wody
albo wina...
Dziękuję pani - odparł. Jego twarz bardzo szybko
odzyskała naturalną barwę i spokojny wyraz. - Widzi
pani, że naprawdę nie jestem zdrów.
Pani Wąsowska zaczęła mu się pilnie przypatrywać.
- Tak - mówiła - trochę pan zeszczuplał, ale z tą
brodą jest panu wcale nieźle... Nie powinien pan jej
golić... Wygląda pan interesująco...
Wokulski rumienił się jak dzieciak. Słuchał pani
Wąsowskiej i dziwił się czując, że jest wobec niej
nieśmiały, prawie zawstydzony.
"Co się ze mną dzieje?..," - pomyślał.
- W każdym razie powinien pan zaraz wyjechać na wieś -
ciągnęła dalej. - Kto słyszał siedzieć w mieście
na początku sierpnia?...
O, basta, mój panie... Pojutrze zabieram pana do siebie,
bo inaczej cień nieboszczki prezesowej nie dałby mi
spokoju... Od dzisiejszego dnia przychodzi pan do mnie na
obiady i kolacje; po obiedzie jedziemy na spacer, a
pojutrze... bądź zdrowa, Warszawo!... Dosyć tego...
Wokulski był tak zahukany, że nie umiał zdobyć się
na odpowiedź. Nie wiedział, co zrobić z rękoma, i
czuł, że na twarz biją mu ognie.
Zadzwoniła. Wszedł lokaj.
- Proszę podać wina - rzekła pani Wąsowska. - Wiesz,
tego maślacza... Panie Wokulski, niech pan zapali
papierosa.
Wokulski natychmiast zapalił papierosa modląc się w
duszy, żeby mógł zapanować nad drżeniem rąk. Lokaj
przyniósł wino i dwa kieliszki; pani Wąsowska nalała
oba.
- Pij pan - rzekła.
Wokulski wypił duszkiem.
- O tak, to lubię!... Za pańskie zdrowie! - dodała
pijąc. - A teraz musi pan wypić za moje...
Wokulski wypił drugi kieliszek.
- A teraz wypije pan za spełnienie moich zamiarów...
Proszę... proszę... tylko natychmiast...
- Za pozwoleniem pani - odparł - ale ja nie chcę upić
się.
- Więc pan nie życzy mi spełnienia zamiarów?
- Owszem, ale muszę je pierwej poznać.
- Doprawdy?... - zawołała pani Wąsowska. - A to coś
zupełnie nowego... Dobrze, niech pan nie pije.
Zaczęła patrzeć w okno uderzając nogą w podłogę.
Wokulski zamyślił się. Milczenie trwało parę minut,
nareszcie przerwała je pani.
- Słyszałeś pan, co zrobił baron?... Jak się to panu
podoba?...
- Dobrze zrobił - odparł Wokulski już zupełnie
spokojnym tonem.
Pani Wąsowska zerwała się z fotelu.
- Co?!... - zawołała. - Pan bronisz człowieka, który
okrył hańbą kobietę?... Brutala, egoistę, który dla
dogodzenia zemście nie cofnął się przed najniższymi
środkami...
- Cóż on zrobił?
- Ach, więć pan nic nie wiesz... Wyobraź pan sobie,
że zażądał rozwodu z żoną i ażeby skandal zrobić
jeszcze głośniejszym, strzelał się ze Starskim...
- To prawda - rzekł Wokulski po namyśle. - Bo
przecież, nie mówiąc nikomu, mógł był tylko sobie w
łeb strzelić zapisawszy pierwej żonie majątek.
Pani Wąsowska wybuchnęła gniewem.
- Z pewnością - rzekła - tak by zrobił każdy
mężczyzna mający iskrę szlachetności i poczucia
honoru... Wolałby się sam zabić aniżeli ciągnąć
pod pręgierz biedną kobietę, słabą istotę, nad
którą tak łatwa jest zemsta, kiedy się ma za sobą
majątek, stanowisko i przesądy publiczne!... Ale po
panu nie spodziewałam się tego... Cha! cha! cha!...
I to jest ten nowy człowiek, ten bohater, który cierpi
i milczy... O, wy wszyscy jesteście jednakowi!...
- Przepraszam, ale... o co właściwie ma pani pretensję
do barona?
Z oczu pani Wąsuwskiej posypały się błyskawice.
- Kochał baron Ewelinę czy nie?... - zapytała.
- Wariował za ni ą!
- Otóż nieprawda, on udawał, że ją kocha, kłamał,
że ubóstwia... Ale przy najpierwszej sposobności
dowiódł, że nawet nie traktował jej jak równego
sobie człowieka, ale jak niewolnicę, której za chwilę
słabości można założyć powróz na szyję,
wyciągnąć na rynek, okryć sromotą... O, wy panowie
świata, obłudnicy!... Dopóki was zaślepia zwierzęcy
instynkt, włóczycie się u nóg, gotowiście spełnić
podłość, kłamiecie, ty najdroższa... ty
ubóstwiana... za ciebie oddałbym życie... Kiedy zaś
biedna ofiara uwierzy waszym krzywoprzysięstwom,
zaczynacie się nudzić, a jeżeli i w niej odezwie się
ludzka, ułomna natura, depczecie ją nogami... .Ach,
jakie to oburzające, jakie to nikczemne... Czy mi pan co
nareszcie odpowiesz?...
- Czy pani baronowa nie romansowała z panem Starskim?-
zapytał Wokulski.
- O!... zaraz romansowała. Flirtowała go, zresztą
miała do niego feblik...
- Feblik?... Nie znałem tego wyrazu. Więc jeżeli
miała feblik do Starskiego, to po cóż wyszła za
barona?
- Bo ją o to błagał na klęczkach... groził, że
odbierze sobie życie...
- Przepraszam, ale... Czy on ją błagał tylko o to,
ażeby raczyła przyjąć jego nazwisko i majątek, czy
też i o to, ażeby nie miała feblika do innych
mężczyzn?...
- A wy?... a mężczyźni?... co wyrabiacie przed ślubem
i po ślubie?... Więc kobieta...
- Proszę pani, nam, jeszcze kiedy jesteśmy dziećmi,
tłomaczą, żeśmy zwierzęta i że jedynym sposobem
uczłowieczenia się jest miłość dla kobiety, której
szlachetność, niewinność i wierność trochę
powściągają świat od zupełnego zbydlęcenia. No, i
my wierzymy w tę szlachetność, niewinność et
caetera, ubóstwiamy ją, padamy przed nią na kolana...
- I słusznie, bo jesteście daleko mniej warci od
kobiet.
- Uznajemy to na tysiące sposobów i twierdzimy, że
wprawdzie mężczyzna tworzy cywilizację, ale dopiero
kobieta uświęca ją i wyciska na niej idealniejsze
piętno... Jeżeli jednak kobiety mają nas naśladować
pod względem owej zwierzęcości, to niby czymże będą
lepsze od nas, a nade wszystko: za co mamy je
ubóstwiać?...
- Za miłość.
- I to piękna rzecz! Ale jeżeli pan Starski otrzymuje
miłość za swoje wąsiki i spojrzenia, to znowu inny
pan nie ma racji dawać za nią nazwiska, majątku i
swobody.
- Ja pana coraz mniej rozumiem - rzekła pani Wąsowska.-
Uznajesz pan, że kobiety są równe mężczyznom czy
nie?..
- W sumie są równe, w szczegółach nie! Umysłem i
pracą przeciętna kobieta jest niższą od mężczyzny;
ale obyczajami i uczuciem ma być od niego o tyle
wyższą, że kompensuje tamte nierówności.
Przynajmniej tak nam to ciągle mówią, my w to wierzymy
i pomimo wielu niższości kobiet stawiamy je wyżej od
nas... Jeżeli zaś pani baronowa zrzekła się swoich
zalet, a że się ich od dawna zrzekła, tośmy widzieli
wszyscy, więc nie może dziwić się, że straciła i
przywileje. Mąż pozbył się jej jako nieuczciwego
wspólnika.
- Ależ baron to niedołężny starzec!...
- Po cóż za niego wyszła, po co nawet słuchała jego
miłosnych paroksyzmów?
- Więc pan nie pojmujesz tego, że kobieta może być
zmuszoną do sprzedania się?... - zapytała pani
Wąsowska blednąc i rumieniąc się.
- Pojmuję, pani, bo... ja sam kiedyś... sprzedałem
się, tylko nie dla zyskania majątku, ale z nędzy...
- Cóż dalej?
- Ale żona moja przede wszystkim z góry nie posądzała
mnie o niewinność, a ja jej, co prawda, nic
obiecywałem miłości. Byłem bardzo lichym mężem, ale
za to, jak człowiek kupiony, byłem najlepszym subiektem
i najwierniejszym jej sługą. Chodziłem z nią po
kościołach, koncertach, teatrach, bawiłem jej gości i
faktycznie potroiłem dochody ze sklepu.
- I nie miałeś pan kochanek?
- Nie, pani. Tak gorzko odczuwałem moją niewolę, żem
po prostu nie śmiał patrzeć na inne kobiety. Niech
więc pani przyzna, że mam prawo być surowym sędzią
pani baronowej, która sprzedając się wiedziała, że
nie kupowano od niej... jej pracy...
- Okropność! - szepnęła pani Wąsowska patrząc w
ziemię.
- Tak, pani. Handel ludźmi jest rzeczą okropną, a
jeszcze okropniejszą handel samym sobą. Ale dopiero
transakcje zawierane w złej wierze są rzeczą
haniebną. Gdy się taka sprawa wykryje, następstwa
muszą być bardzo przykre dla strony zdemaskowanej.
Jakiś czas oboje siedzieli milcząc. Pani Wąsowska
była zirytowana, Wokulski sposępniał.
- Nie!... - zawołała nagle - ja muszę z pana wydobyć
zdanie stanowcze...
- O czym?
- O różnych kwestiach, na które mi pan odpowie jasno i
wyraźnie.
- Czy to ma być egzamin?
- Coś na kształt tego.
- Słucham panią.
Można było myśleć, że się waha; przemogła się
jednak i zapytała:
- Więc utrzymuje pan, że baron miał prawo odepchnąć
i zniesławić kobietę?...
- Która go oszukała?... Miał.
- Co pan nazywa oszustwem?
- Przyjmowanie uwielbień barona pomimo feblika, jak pani
mówi, do pana Starskiego.
Pani Wąsowska przygryzła usta.
- A baron ile miał takich feblików?...
- Zapewne tyle, na ile mu starczyło ochoty i okazji -
odparł Wokulski. - Ale baron nie pozował na
niewinność, nie nosił tytułu specjalisty od
czystości obyczajów, nie był za to otaczany
hołdami...
Gdyby baron zdobył czyjeś serce twierdząc, że nigdy
nie miał kochanek, a miał je, byłby także oszustem.
Co prawda, nie tego w nim szukano.
Pani Wąsowska uśmiechnęła się.
- Wyborny pan jesteś!... A któraż kobieta twierdzi czy
zapewnia was, że nie miała kochanków?...
- Ach, więc pani ich miała...
- Mój panie!... - wybuchnęła wdówka zrywając się.
Wnet jednak opamiętała się i rzekła chłodno:
- Zastrzegam sobie u pana niejaką względność w
wyborze argumentów.
- Na co to?... Przecież oboje mamy równe prawa, a ja
wcale się nie obrażę, jeżeli pani zapyta mnie o
liczbę moich kochanek.
- Nie ciekawam.
Zaczęła chodzić po salonie. W Wokulskim zadrgał
gniew?, ale go opanował.
- Tak, przyznaję panu - mówiła - że nie jestem wolną
od przesądów. No, ale ja jestem tylko kobietą, mam
mózg lżejszy, jak utrzymują wasi antropologowie:
zresztą jestem spętana stosunkami, nałogami i Bóg wie
czym!... Gdybym jednak była rozumnym mężczyzną jak
pan i wierzyła w postęp jak pan, umiałabym
otrząsnąć się z tych naleciałości, a choćby tylko
uznać, że prędzej lub później kobiety muszą być
równouprawnione.
- Niby pod względem tych feblików?...
- Niby... niby... - przedrzeźniała go. - Właśnie
mówię o tych feblikach...
- O!... to po cóż mamy czekać na wątpliwe rezultaty
postępu? Już dziś jest bardzo wiele kobiet
równouprawnionych pod tym względem. Tworzą nawet
potężne stronnictwo, nazywające się kokotami... Ale
dziwna rzecz: posiadając względy mężczyzn, panie te
nie cieszą się życzliwością kobiet...
- Z panem nie można rozmawiać, panie Wokulski -
upomniała go wdówka.
- Nie można ze mną rozmawiać o równouprawnieniu
kobiet?
Pani Wąsowskiej zapłonęły oczy i krew uderzyła na
twarz. Usiadła gwałtownie na fotelu i uderzywszy ręką
w stół, zawołała:
- Dobrze!... otóż wytrzymam pański cynizm i będę
mówiła nawet o kokotach... Dowiedzże się pan, że
trzeba mieć bardzo niski charakter, ażeby zestawiać te
damy, które sprzedają się za pieniądze, z kobietami
uczciwymi i szlachetnymi, które oddają się z
miłości...
- Ciągle pozując na niewinność...
- Chociażby.
- I po kolei oszukując naiwnych, którzy temu wierzą.
- A co im szkodzi oszustwo?... - zapytała, zuchwale
patrząc mu w oczy.
Wokulski zaciął zęby, ale opanował się i mówił
spokojnie:
- Proszę pani, co by też powiedzieli o mnie moi
wspólnicy, gdybym ja zamiast sześciu kroć stu tysięcy
rubli majątku, jak to ogłoszono, miał sześć tysięcy
i nie protestował przeciw pogłoskom?... Chodzi
przecież tylko o dwa zera...
- Wyłączmy kwestie pieniężne - przerwała pani
Wąsowska.
- Aha!... A więc co sama pani powiedziałaby o mnie,
gdybym ja na przykład nazywał się nie Wokulski, ale -
Wokulski i za pomocą tak małego przestawienia liter
zdobył życzliwość nieboszczki prezesowej, wcisnął
się do jej domu i tam miał honor poznać panią?... Jak
by pani nazwała ten sposób robienia znajomości i
pozyskiwania ludzkich wzglądów?...
Na rychliwej twarzy pani Wąsowskiej odmalowało się
uczucie wstrętu.
- Jakiż to znowu ma związek ze sprawą barona i jego
żony?...- odparła.
- Ma, proszę pani, ten związek; że na świecie nie
wolno przywłaszczać sobie tytułów. Kokota może być
zresztą użyteczną kobietą i nikt nie ma prawa robić
jej wymówek za specjalność; ale kokota maskująca się
pozorami tak zwanej nieskazitelności jest oszustką. A
za to już można robić wymówki.
- Okropność!... - wybuchnęła pani Wąsowska. - Ale
mniejsza...
Powiedz mi pan jednak, co świat traci na podobnej
mistyfikacji?...
Wokulskiemu zaczęło szumieć w uszach.
- Świat niekiedy zyskuje, jeżeli jakiś naiwny prostak
wpada w obłęd zwany miłością idealną i za cenę
największych niebezpieczeństw zdobywa majątek, aby go
złożyć u stóp swego ideału... Ale świat czasem
traci, jeżeli ten wariat odkrywszy mistyfikację upada
złamany, do niczego niezdolny... Albo... nie
rozporządziwszy majątkiem rzuca się... To jest:
strzela się z panem Starskim i dostaje kulą po
żebrach... Świat traci, pani, jedno zabite szczęście,
jeden zwichnięty umysł, a może i człowieka, który
mógł coś zrobić...
- Ten człowiek sam sobie winien...
- Ma pani rację: byłby winien, gdyby spostrzegłszy
się nie postąpił jak baron i nie zerwał ze swoim
ogłupieniem i hańbą...
- Krótko mówiąc - rzekła pani Wąsowska -
mężczyźni nie zrzekną się dobrowolnie: swoich
dzikich przywilejów wobec kobiet...
- To jest: nie uznają przywileju zwodzenia...
- Kto zaś odrzuca układy - mówiła z uniesieniem - ten
rozpoczyna walkę...
- Walkę?.. - powtórzył śmiejąc się Wokulski.
- Tak, walkę, w której strona silniejsza zwycięży...
A kto silniejszy, to dopiero zobaczymy!... - zawołała
potrząsając ręką.
tej chwili stała się rzecz dziwna. Wokulski nagle
schwycił panią Wąsowską za obie ręce i umieścił je
między trzema palcami swojej.
- Cóż to znaczy?... - zapytała blednąc.
- Próbujemy, kto silniejszy - odparł.
- No... już dosyć żartów...
- Nie, pani, to nie są żarty... To tylko mały dowód,
że z panią, jako reprezentantką walki, mogę zrobić,
co mi się podoba. Tak czy nie?
- Puść mnie pan - zawołała szarpiąc się - bo
zawołam na służbę...
Wokulski puścił jej ręce.
- Ach, więc będziecie panie walczyć z nami przy pomocy
służby?...
Ciekawym, jakiego wynagrodzenia zażądaliby ci
sprzymierzeńcy i czy pozwoliliby nie dotrzymywać
zobowiązań?
Pani Wąsowska przypatrywała mu się naprzód z lekką
trwogą, potem z oburzeniem, w końcu wzruszyła
ramionami.
- Wie pan, co mi na myśl przyszło?
- Żem oszalał.
- Coś na kształt tego.
- Wobec tak pięknej kobiety i przy takiej dyskusji
byłoby to rzeczą naturalną.
- Ach, jakiż płaski kompliment!... - zawołała z
grymasem.- W każdym razie muszę wyznać, żeś mi pan
trochę zaimponował. Trochę... Ale nie wytrzymałeś
pan w roli, puściłeś mi ręce, i to mnie
rozczarowało...
- O, ja potrafiłbym nie puścić rąk.
- A ja potrafiłabym zawołać na służbę...
- A ja, przepraszam panią, potrafiłbym zakneblować
usta."
- Co?..: co?...
- To, co powiedziałem.
Pani Wąsowska znowu się zadziwiła.
- Wie pan - rzekła zakładając po napoleońsku ręce -
że pan jest albo bardzo oryginalny, albo... bardzo źle
wychowany...
- Wcale nie jestem wychowany...
- Więc istotnie oryginalny - szepnęła. - Szkoda, że z
tej strony nie dałeś się pan poznać Beli...
Wokulski osłupiał. Nie na dźwięk tego imienia, ale z
powodu zmiany, jaką uczuł w sobie. Panna Izabela
wydała mu się całkiem obojętną, a natomiast
zaczęła go interesować pani Wąsowska.
- Trzeba jej było - ciągnęła - od razu wyłożyć
swoje teorie tak jak mnie, a nie wynikłyby między wami
nieporozumienia.
- Nieporozumienia?.. - spytał Wokulski szeroko
otwierając oczy.
- Tak, bo o ile wiem, ona panu gotowa przebaczyć.
- Przebaczyć?...
- Jesteś pan, widzę, jeszcze bardzo... osłabiony -
mówiła obojętnym tonem - jeżeli nie czujesz, że
postępek pański był brutalny... Wobec pańskich
ekscentryczności nawet baron wygląda na eleganckiego
człowieka.
Wokulski roześmiał się tak szczerze, iż jego samego
to zaniepokoiło. Pani Wąsowska mówiła dalej:
- Śmiejesz się pan?... Wybaczam, ponieważ rozumiem
taki śmiech... Jest to najwyższy stopień cierpienia...
- Przysięgam pani, że od dziesięciu tygodni nie
czułem się tak swobodnym... Boże mój!... nawet od
paru lat... Zdaje mi się, że przez cały ten czas
szarpała mi mózg jakaś straszna zmora i przed chwilą
znikła... Teraz dopiero czuję, że jestem ocalony, i to
dzięki pani...
Głos mu drżał. Wziął ją za obie ręce i całował
prawie namiętnie. Pani Wąsowskiej zdawało się, że
dostrzegła w jego oczach coś na kształt łez.
- Ocalony!... Uwolniony!... - powtarzał.
- Posłuchaj mnie pan - mówiła zimno, cofając ręce. -
Wszystko wiem, co między wami zaszło... Postąpiłeś
pan niegodziwie podsłuchując rozmowę, którą znam w
najdrobniejszych szczegółach, a nawet więcej... Była
to najzwyklejsza flirtacja...
- Ach, więc to jest flictacja?... - przerwał. - To, co
robi kobietę podobną do restauracyjnej serwetki,
którą każdy może obcierać usta i palce?... To jest
flirtacja, bardzo dobrze!...
- Milcz pan!... - zawołała pani Wąsowska. - Nie
przeczę, że Bela postąpiła źle, ale... osądź pan
sam siebie, jeżeli powiem, że ona pana...
- Kocha, czy tak? - spytał Wokulski bawiąc się swoją
brodą.
- O, kocha!... Dopiero żałuje pana. Nie chcę się
wdawać w szczegóły, dość, jeżeli powiem, że
widywałam ją przez dwa miesiące prawie co dzień...
Że przez ten czas mówiła tylko o panu i że
najulubieńszym miejscem jej przejażdżek jest... zamek
zasławski!... Ile razy siadała na tym wielkim kamieniu
z napisem, ile razy widziałam łzy w jej oczach... A
nawet raz rozpłakała się na dobre, powtarzając wyryty
tam dwuwiersz :
Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie, Bom wszędzie
cząstkę mej duszy zostawi!
Cóż pan na to?...
- Co ja na to?.. - p |