Naraz
porwał się za nią lecieć.
- A to gdzie? - warknęła groźnie matka zapierając mu
sobą drzwi.
- Dlaczego ją mama wypędziła, za co? Że była dla
mnie taka poczciwa! To niesprawiedliwie, ja na to nie
pozwolę! Cóż ona zrobiła złego? co? - wykrzykiwał
gorączkowo, wydzierając się z twardych rąk matczynych
- Usiądź spokojnie, bo zawołam ojca... Za co? Zaraz ci
powiem: masz być księdzem, to nie chcę, abyś pod moim
dachem sposobił sobie kochanicę, nie chcę dożyć
takiego wstydu i hańby, żeby cię ludzie wytykali
palcami! Dlatego ją wypędziłam, rozumiesz teraz?
- W imię Ojca i Syna! Co mama mówi! - jęknął w
najgłębszym oburzeniu
- Mówię to, co wiem! Juści, wiedziałam, że ją
spotykasz tu i ówdzie, ale Bóg mi świadkiem, jako cię
nie podejrzewałam o nic zdrożnego! Myślałam sobie
zawsze, że skoro mój syn nosi kapłańską sukienkę,
to splamić się jej nigdy nie poważy! Ady bym cię
przeklęła na wieki i wydarła ze serca, choćby wraz
pęknąć miało... - Oczy jej zapłonęły taką
świętą zgrozą i nieubłaganiem, że Jasio zdrętwiał
ze strachu. - Dopiero Kozłowa otworzyła mi oczy, a
teraz już sama zobaczyłam, do czego chciała cię
przywieść ta suka...
Rozpłakał się żałośnie i wśród szlochań i skarg
na te okropne posądzenia z taką szczerością
opowiedział wszystkie spotykania, że całkiem
zawierzyła i przygarnąwszy go do piersi jęła mu
obcierać łzy a uspokajać.
- Nie dziw się, że zlękłam się o ciebie, przecież
to łajdus najgorszy we wsi..
- Jagusia! Najgorszy we wsi! - Nie wierzył własnym
uszom.
- Wstyd mi, ale dla twojego dobra muszę ci wszystko
rozpowiedzieć:
I opowiedziała o niej przeróżne historie, nie
szczędząc na dokładkę ni plotów, ani też
najrozmaitszych wymysłów.
Jasiowi włosy powstały na głowie, jaże się porwał z
miejsca i zakrzyknął:
- To nieprawda, nigdy nie uwierzę, żeby Jagusia była
taka podła, nigdy...
- Matka ci to mówi, rozumiesz? Z palca sobie tego nie
wyssałam.
- Bajki, nic więcej! Przecież to byłoby straszne! -
załamał rozpaczliwie ręce.
- A czemuż ją bronisz tak zawzięcie, co?
- Bronię każdego niewinnego, każdego.
- Głupiś jak baran. - Rozgniewała się, dotknięta
srodze jego niewiarą.
- Jak mama uważa. Ale jeżeli Jagusia taka najgorsza, to
czemu mama pozwalała jej przychodzić do nas? -
Zaperzył się zapalczywie kiej młody kogut.
- Nie będę się tłumaczyła przed tobą, kiedyś taki
głupi, że niczego nie rozumiesz, ale ci zapowiadam:
trzymaj się od niej z daleka, bo jak was gdzie razem
przydybię, to chociażby przy całej wsi, a sprawię jej
taką frycówkę, że mnie popamięta z ruski miesiąc! A
i tobie może się przy tym co oberwać...
Odeszła trzaskając drzwiami ze złości.
A Jasio, nawet nie rozumiejąc, czemu go tak obchodzi
Jagusina osława, przeżuwał matczyne słowa niby te
kolczate osty, dławił się nimi, sycąc duszę ich
piołunową gorzkością.
- Toś ty taka, Jaguś! Toś ty taka! - skarżył się z
żałosnym wyrzutem, że gdyby się była w tej chwili
zjawiła, odwróciłby się od niej ze wzgardą i
gniewem. Albo to mógł spodziewać się czegoś
podobnego? Że nawet w myślach nie postały mu takie
straszne rzeczy. Rozważał je jednak z coraz większą
udręką i już sto razy się zrywał, aby do niej
bieżyć, aby stanąć do oczów i rzucić jej w twarz
tę całą litanię grzechów... Niech posłyszy, co
mówią o niej, i niechaj się wyprze, jeżeli może...
Niech głośno powie: nieprawda! Dumał gorączkowo, ale
coraz głębiej wierzył w jej niewinność i ogarniał
go żal, i wstawała w nim cicha tęsknota, i budziły
się jakieś słodkie, radosne przypomnienia spotykań, a
jakiś słoneczny tuman niepojętej rozkoszy przysłonił
mu oczy i serce dręczył, że naraz się zerwał i
zaczął krzyczeć jakby do wszystkiego świata:
- Nieprawda! nieprawda! nieprawda!
Ale przy kolacji uparcie patrzył w talerz, unikając
matczynych oczów, i chociaż mówiono o śmierci Jagaty,
nie wtrącał się do rozmowy, a jeno cięgiem
matyjasił, przebierał w jadle, sprzeciwiał się
siostrom wyrzekał na gorąc w izbie i skoro tylko
sprzątnęli miski, poniósł się na plebanię -
proboszcz siedział se na ganku z fają w zębach i cosik
pilnie pogadywał z Jambrożem, obszedł ich z dala i
spacerując kajś pod drzewinami frasobliwie medytował.
- A może to i prawda! Mama by sobie tego nie stworzyła.
Z okien plebanii lały się smugi światła na klomb,
gdzie baraszkowały pieski warcząc na się
przyjacielsko, a z ganku roznosił się grubachny głos.
- A jęczmień na Świńskim Dołku obejrzałeś?
- Słoma jeszcze ździebko zielona, ale ziarno już kiej
pieprz.
- Trza by ci jutro przewietrzyć ornaty, na nic
spleśnieją. Komżę i alby zanieś Dominikowej, niech
Jagusi a upierze. Ale kto to był po południu z krową?
- Któryś z Modlicy. Młynarz spotkał go na moście i
próbował przeciągnąć do swojego byka, obiecywał go
nawet dopuścić za darmo, ale chłop wolał naszego...
- Ma rozum, za rubla będzie miał profit na całe
życie, przynajmniej krów się dochowa. Nie wiesz,
Kłęby wyprawią to pogrzeb Jagacie?
- Przeciek ostawiła na pochowek całe dziesięć
złotych.
- Pochowa się ją z paradą jak gospodynię. A powiedz
tam brackim, że wosku im sprzedam, niech sobie tylko
dokupią blichowanego. Jutro Michał obrządzi w
kościele, a ty idź z ludźmi do żniwa i poganiaj,
barometr jakiś niepewny, może być burza! Kiedyż to
się zbiera kompania do Częstochowy?
- Wotywę zamówiły na czwartek, to juści, zaraz po
mszy ruszą...
Jasia drażniła nieco ta rozmowa, odszedł dalej aż pod
niski pleciony płot, dzielący sad od pasieki, na
wąską, zarosłą dróżkę i spacerował trącając
niekiedy głową w obwisłe, ciężkie od jabłek
gałęzie.
Wieczór był nagrzany i duszny, pachniał miód, i żyto
skoszone kajś za ogrodami, powietrze było ciężkie,
przejęte spieką, bielone pnie majaczyły. w mrokach
niby gzła porozwieszane do przeschnięcia, kajś nad
stawem naszczekiwały psy wielce swarliwie, a od
Kłębów buchały niekiej żałobne, jękliwe
zawodzenia.
Jasio, strudzony wreszcie deliberacjami, zawrócił już
ku domowi, gdy naraz posłyszał jakby z pasieki jakieś
przyduszone, gorące szepty.
Nie dojrzał nikogo, ale przystanął i słuchał z
zapartym tchem.
-...byś skisł... puść me, puść, bo będę
krzyczeć!...
-...głupia... Czego się wydzierasz? Krzywdy ci to
chcę, krzywdy?...
-...jeszcze kto posłyszy. Laboga, dyć mi ziobra
zgnieciesz... puść...
Pietrek Borynów i księża Maryna! Rozpoznał ich po
głosach i odszedł z uśmiechem, lecz po paru krokach
zawrócił na dawne miejsce i nasłuchiwał z dziwnie
bijącym sercem. Gęste krze ich przysłaniały i
ciemnica, nie sposób było rozeznać, ale coraz
wyraźniej słyszał krótkie, rwane i warem kipiące
słowa, buchały kiej płomienie, a niekiedy przez
długie chwile wrzały gorączkowe, dyszące oddechy i
szamotania.
-...takusieńką, jak ma Jagusia, obaczysz... ino mi nie
broń, Maryś, ino...
-...zarno ci zawierzę... bo ja to taka... loboga, dajże
odzipnąć. ..
Zaszeleściały gwałtownie krzaki, coś ciężko
zwaliło się na ziem, ale po chwili zatrzęsły się, i
znowu krótkie, rozpalone szepty, ściszone śmiechy i
całunki.
-...że już i nie sipiam, a ino cięgiem o tobie,
Maryś...o tobie, najmilejsza...
-...każdej prawisz to samo... czekałam cię do
północka...u drugiej byłeś...
Jasio jakby z nagła ogłuchł i zatrząsł się kieby
osika. Wiater poszedł po sadzie, zaruchały się drzewa
i zagwarzyły cichuśko kieby we śpiku, z pasieki
zawiały takie miodne zapachy, jaże go sparło pod
piersiami, a oczy nalały się łzami, przejął go
jakiś dygotliwy war i cosik tak lubego jęło
udręczać, że ino się raz po raz przeciągał a
wzdychał.
-...tyla mi do niej, co do tych gwiazdów... Jasia se
tera namówiła...
Oprzytomniał, wcisnął się w płot i nasłuchiwał
coraz silniej rozdygotany.
...prawda... co noc wychodzi do niego... Kozłowa
przydybała ich w lesie...
Świat się z nin1 zakręcił i rozciemniało mu w
oczach, ledwie się już trzymał na nogach, a tam w
gąszczach wciąż mlaskały drażniąco całunki,
prześmiechy i szepty...
-...to ci łeb wrzątkiem oparzę kieby temu psu...
-...ino ten razik, najmilejsza... dyć cię nie
ukrzywdzę...obaczysz...
-...Pietruś, loboga, Pietruś...
Jasio odskoczył i uciekał niby wiatr, rozdzierając
sutannę o krzaki, wpadł do domu czerwony jak burak,
oblany potem i zgorączkowany, szczęściem nikto nie
zwrócił na niego uwagi. Matka siedziała przed kominem
z kądzielą i przędła śpiewając z cicha:
?Wszystkie nasze dzienne sprawy", siostry
wtórowały cieniuśko wraz z Michałem, któren pucował
kościelne lichtarze, ojciec już spał.
Jasio zawarł się w swoim pokoju i zabrał się do
brewiarza, ale cóż, kiej chociaż uparcie powtarzał
łacińskie słowa, to i tak cięgiem słyszał tamte
szepty i tamte całunki, że w końcu sparł czoło na
książce i dał się już poniewoli jakowymś myślom,
kieby tym wichrom palącym.
- Więc to tak? - dumał z coraz większą zgrozą i wraz
z jakimś lubym dreszczem - Więc to tak! - powtórzył
naraz głośno, i chcąc się oderwać od tych
obmierzłych myśleń, wziął brewiarz pod pachę i
poszedł do matki.
- Zmówię pacierz przy Jagacie - wyrzekł cicho i
pokornie.
- A idź, synu, przyjdę później po ciebie. -
Spojrzała bardzo miłościwie.
W chałupie Kłębów nie było już prawie nikogo, tylko
jeden Jambroż cosik tam mamrotał z książki przy
zmarłej, która leżała nakryta płachtą; na poręczy
łóżka tliła się gromnica zatknięta w dzbanuszek,
przez wywarte okna zaglądały gałęzie pełne jabłek,
noc roziskrzona gwiazdami, a kiej niekiej wsadzał
zdumioną twarz jakiś zapóźniony przechodzień, w
sieniach warczały cięgiem pieski.
Jasio przyklęknął pod światłem i tak się był
gorąco oddał pacierzom, że ani wiedział, kiej
Jambroż pokusztykał do dom, Kłęby pokładły się
spać kajś w sadzie i zapiały pierwsze kury,
szczęściem, co matka o nim nie zapomniała.
Ale cóż, kiej śpik prawie się go nie imał, bo co
jeno zaczynało go morzyć, to zjawiała się przed nim
Jagusia niby żywa, że zrywał się z pościeli,
przecierał oczy i rozglądał się wystraszony, juści,
co nie było nikogo, cały dom leżał pogrążony w
twardym śnie, a z drugiej izby rozlegało się ojcowe
chrapanie.
- To może ona dlatego... - Zamyślił spominając jej
gorące całunki, oczy rozjarzone i drżący głos: - A
ja myślałem! - Zatrząsł się ze wstydu, zeskoczył z
łóżka, otworzył okno i przysiadłszy w nim, do samego
świtania medytował i kajał się z mimowolnych przewin
i pokuszeń.
Zaś rano przy mszy nie śmiał nawet podnieść oczów
na ludzi ni się rozejrzeć po kościele, ale tym
goręcej modlił się za Jagusię, bo już był całkiem
uwierzył w jej straszne przewiny, nie poredził tylko w
sobie zbudzić do niej gniewu i odrazy.
- Co ci jest? Wzdychałeś, że dziw nie pogasły
świece! - pytał go proboszcz w zakrystii.
- Tak mnie parzy sutanna! - zaskarżył się odwracając
prędko twarz.
- Jak się przyzwyczaisz, to będziesz ją nosił niby
drugą skórę.
Jasio pocałował go w rękę i poszedł na śniadanie
przecierając się cieniami nad stawem, gdyż słońce
prażyło już nie do wytrzymania, i natkał się na
księżą Marynę, ciągnęła za grzywę ślepego konia
i zawodziła wrzaskliwie.
Przypomnienia źgnęły go niby szydłem, iż
przystąpił do niej zeźlony.
- Z czegóż to Marysia tak się cieszy? - patrzał w
nią z wstydliwą ciekawością.
- A bo mi wesoło! - zaśmiała się, jaże zagrały jej
białe zęby, szarpnęła konia i wyśpiewywała jeszcze
rozgłośniej.
- Po wczorajszym taka wesoła! - Odwrócił się prędko,
gdyż spod ugiętej wysoko kiecki błyskały jej białe
podkolania, rozłożył bezradnie ręce i wstąpił do
Kłębów. Jagata leżała już z całą paradą na
środku izby, przybrana w odświętne szaty, w czepcu o
sutym białym zburzeniu nad czołem, w paciorkach na
szyi, w nowym wełniaku w trzewikach, zaścibniętych na
czerwone sznurowadła; twarz miała kieby odlaną z
blichowanego wosku, a dziwnie rozradowaną, w
zesztywniałych palcach tkwił krzywo obrazik, dwie
świece paliły się pobok jej głowy, Jagustynka
odganiała muchy wielką gałęzią, jałowcowy dym
ciągnął się z komina i rozwłóczył po całej izbie,
co trochę kto wchodził zmówić pacierz za
nieboszczkę, a kilkoro dzieci plątało się pod
ścianami.
Jasio jakoś trwożnie rozglądał się po mrocznej
chałupie.
- Kłęby pojechały do miasta - zaszeptała mu
Jagustynka. - Ostawiła im sporo, to muszą się
wypuczyć na pochowek, krewniaczka przeciek! Eksporta
dopiero będzie wieczorkiem, bo Mateusz jeszcze nie
zdążył z trumną...
Zaduch był w izbie i taką trwogą przejmowała go ta
żółta, znieruchomiała w prześmiech twarz umarłej,
że jeno się przeżegnał i wyszedł spotykając się
tuż przed progiem oko w oko z Jagusią, szła z matką i
ujrzawszy go przystanęła, ale przeszedł bez słowa,
nawet Boga nie pochwalił, dopiero z opłotków obejrzał
się na nią bezwolnie, jeszcze stojała w miejscu
wpatrzona w niego smutnymi oczami.
W domu nie chciał jeść śniadania, wyrzekając na
srogi ból głowy.
- Przejdź się trochę, może przestanie - radziła mu
matka.
- A gdzież pójdę? Żeby mama zaraz myślała Bóg wie
co!
- Jasiu, co ty wygadujesz!
- Przecież mama nie pozwala mi się ruszyć z domu!
Przecież to mama zabroniła mi nawet rozmawiać z
ludźmi! Przecież... - Mścił się wielce
rozdrażniony. A skończyło się na tym, że mu
obwiązała głowę szmatą skropioną octem, ułożyła
go spać w ciemnym pokoju i przegnawszy dzieci na
podwórze czuwała nad nim kiej kokosz, póki się dobrze
nie wyspał i nie podjadł jak się patrzy.
- A teraz idź się przejść, idź na topolową, tam
większy cień i chłodniej. - Nic się nie odezwał, ale
czując, że matka pilnie za nim naglądała, na złość
jej poszedł całkiem w drugą stronę; włóczył się
po wsi, patrzył na kowali grzmiących młotami, zajrzał
do młyna, łaził po ogrodach, skwapnie zazierając na
lniska i wszędy, kaj się ino czerwieniły kobiece
przyodziewy, posiedział z panem Jackiem pasącym na
jakiejś miedzy Weronczyne krowy, napił się mleka u
Szymków na Podlesiu i wrócił do wsi dopiero na samym
zmierzchu, nie napotkawszy nikaj Jagusi.
Zobaczył ją dopiero nazajutrz na pogrzebie
Jagaty, tak patrzała w niego przez całe nabożeństwo,
jaże litery skakały mu w oczach i mylił się w
śpiewaniach, a kiej ciało prowadzili na smętarz, to
nie bacząc na groźne spojrzenia organiściny, szła
prawie pobok niego, że nasłuchując jej żałośliwych
wzdychów topniał w sobie kieby śnieg pod tym
zwiesnowym słońcem.
Zaś kiedy trumnę spuszczali do dołu i wybuchnęły
lamenta, posłyszał i jej płacz rzewliwy, ale
zrozumiał, co nie po umarłej tak szlocha, a jeno z
ciężkiej udręki zbolałego, pokrzywdzonego serca.
- Muszę się z nią rozmówić. - Postanowił wracając
z pogrzebu, ale nie mógł się prędko wydostać na
wolę, gdyż zarno z południa zaczęli się zjeżdżać
do Lipiec ludzie z dalszych wsi, a nawet i z drugich
parafii na jutrzejszą pielgrzymkę do Częstochowy
Kompania miała wyjść rankiem, zaraz po solennej
wotywie, to się z wolna ściągali napełniając drogi
nad stawem wozami a gwarem, sporo też przychodziło na
plebanię, że Jasio musiał siedzieć i załatwiać za
proboszcza przeróżne sprawy, ale jakoś pod sam
wieczór upatrzywszy sposobną porę wziął książkę i
niepostrzeżenie wyniósł się na miedzę za stodołami,
pod gruszę, kaj nieraz siadywali wraz z Jagusią.
Juści, co ani tknął oczami książki, a cisnął ją
kajś w trawę i rozejrzawszy się po polach skoczył w
żyta i chyłkiem, prawie na czworakach, przebierał się
na ogrody Dominikowej.
Jagusia właśnie podbierała ziemniaki ani się
spodziewając, że ktosik na nią patrzy, raz po raz
bowiem prostowała się ociężale i wsparta na motyczce,
powłócząc smutnymi oczami po świecie, wzdychała
długo i ciężko.
- Jagusia! - zawołał lękliwie.
Pobladła na płótno i stanęła kiej wryta, zaledwie
już wierząc własnym oczom, tchu jej brakło i
ścisnęło pod piersiami, ale patrzała w niego kieby w
to cudne zwidzenie, a słodki prześmiech zatlił się na
spąsowiałych z nagła wargach, rozmigotał się
płomieniami i wybuchnął kiej słońce.
Jasiowi również rozjarzyły się oczy i miody zalały
serce, nie dał se jednak folgi, milczał, a jeno
przysiadł na zagonie i patrzał w nią z dziwną
lubością.
- Bojałam się, co pana Jasia już nigdy nie obaczę...
Kieby pachnący wiater zawiał z łąk i
uderzył w niego, jaże pochylił głowę, tak mu ten
głos rozdzwaniał się w duszy prawie niepojętą
szczęśliwością.
- A przed Kłębami, wczoraj, to pan Jasio ani
spojrzał...
Stojała przed nim spłoniona kieby ten kierz różany,
kieby ten jabłoniowy kwiat, mdlejący w skwarze
tęsknicy, śliczności pełna i zgoła jakiemuś cudowi
podobna.
- A to dziw mi serce nie pękło! A to dziw me rozumnie
odszedł.
Łzy błysnęły jej u rzęs przysłaniając niby
diamentami modre nieba oczów.
- Jagusia! - wyrwało mu się kajś spod samego serca.
Przyklękła w bruździe i cisnąc mu się do kolan
wpierała w niego oczy, przepaści ogniste, oczy modre
jak niebo i jak niebo niezgłębione, oczy upojne niby
całunki i niby przygarnięcia rąk umiłowanych, oczy
pokuszeń i niewinnego dzieciństwa zarazem.
Wstrząsnął się gwałtownie i jakby się broniąc
przed czarami zaczął ostro wymawiać wszystkie jej
grzechy, wszystkie, jakie mu była powiedziała matka.
Piła każde słowo nie spuszczając z niego oczów, ale
małowiele poredziła wymiarkować, wiedziała bowiem
tylko jedno, że oto siedzi przed nią ten ponad wszystko
wybrany, że se cosik gaworzy, że oczy mu się jarzą, a
ona klęczy se przed nim kieby przed tym świątkiem i
modli się niezgłębioną wiarą miłowania.
- Powiedz, Jaguś, że to wszystko nieprawda? powiedz! -
nalegał prosząco.
- Nieprawda! Nieprawda! - przytwierdziła z taką
szczerością, że uwierzył od razu, uwierzyć musiał,
a ona sparła się, piersiami o jego kolana i zatonąwszy
mu w oczach wyznawała się cichuśko ze swego
miłowania... Jakby na świętej spowiedzi otwarła przed
nim duszę na ścieżaj, rzuciła mu ją pod nogi kiej
zbłąkaną ptaszkę i modlitewną, gorącą prośbą
dawała się wszystka na jego zmiłowanie i na jego wolę
i niewolę.
Jasio rozdygotał się kiej listek wstrząsany
gwałtowną nawałnicą, chciał ją odepchnąć i
uciekać, ale jeno szeptał omdlałym, nieprzytomnym
głosem:
- Cicho, Jaguś, tak nie można, grzech, cicho!
Aż umilkła, całkiem wyzbyta ze sił, milczeli już
oboje unikając swoich oczów, a wraz cisnąc się do
siebie tak z bliska, że słyszeli bicie serc własnych i
ciche, palące dychania, było im strasznie dobrze i
radośnie, obojgu łzy spływały po zbladłych twarzach,
obojgu śmiały się czerwone wargi, a dusze kieby w czas
Podniesienia były zatopione w jakąś najświętszą
cichość i tajnię jaśniejącą gdzieś na
wysokościach i unosiły się jeszcze wyżej, ponad
światy:
Słońce już zaszło i ziemia spłynęła zorzami kieby
tą, rosą pozłocistą, wszystko przycichło, wszystko
przytaiło dech wszystko kieby zmartwiało w zasłuchaniu
dzwonów, co zabiły na Anioł Pański, i wszystko jakby
się zamodliło cichym dziękczynnym pacierzem za
świętą łaskę dnia odebranego. Poszli w pola,
zasypane pyłem zórz, szli jakimiś miedzami pełnymi
kwiatów, wskroś zbóż dojrzałych, wlekąc rękami po
kłosach, zwisających im do kolan, szli w łuny zachodu
wpatrzeni, w szerokie, złociste przepaście nieba i z
niebem w duszach, i z niebem w oczach, i jakby w
niebiańskich otęczach nad głowami.
Jakby msza się w nich odprawiała, tak pełni byli
świętego nabożeństwa, tak dusze im klęczały w
zachwyceniu i tak im śpiewały wniebowzięte serca o
łasce Pańskiej, tylko im jednym objawionej w tej
godzinie żywota.
Ni słowa nie przemówili więcej do siebie, ni jednego
słowa, tylko niekiedy krzyżowały się ich spojrzenia
jak błyskawice, całkiem już postępłe od własnych
żarów i nic o sobie nie wiedzące.
Nie wiedzieli również, że śpiewają jakąś pieśń,
co się z nich była sama zrodziła i kieby ptak
rozświergotany leciała nad omroczone pola, we wszystek
świat.
Nie wiedzieli nawet, kaj są i dokąd idą, i po co?
Nagle i kajś z bliska runął im nad głowy twardy i
suchy głos:
- Jasiu, do domu!
Wytrzeźwiał w tym oczymgnieniu; byli na topolowej, a
matka stojała tuż przed nimi z groźną i
nieprzebłaganą twarzą - jął cosik bąkać i pleść
trzy po trzy.
- Chodź do domu!
Wzięła go za rękę i gniewnie pociągnęła za sobą,
dał się bez oporu, z pokorą...
Jagusia szła za nimi jakby urzeczona, gdy naraz
organiścina podniesła z drogi kamień i cisnęła w
nią ze straszną zawziętością.
- Poszła precz! A do budy, ty suko! - zakrzyczała
wzgardliwie.
Jagusia obejrzała się dokoła, całkiem nie miarkując,
o kogo tamtej chodzi, ale gdy jej zniknęli z oczów,
długo się plątała po drogach, a potem, gdy w
chałupie poszli spać, siedziała pod ścianą do
białego rana.
Godziny szły za godzinami, piały kokoty, rżały konie
przy wozach nad stawem, robił się świt, wieś
zaczynała wstawać, brali wodę ze stawu, wypędzali
bydło na pastwiska, kto już wychodził na robotę,
gdzie już trajkotały kobiety, kajś dzieci
popłakiwały matyjaśnie, a ona wciąż siedziała na
jednym miejscu i z otwartymi oczami śniła na jawie o
Jasiu - że cosik z nim rozmawia, że patrzą na się tak
z bliska, jaże ją ogarniały słodkie ognie, że idą
kajś i śpiewają coś takiego, czego nie poredziła
sobie przypomnieć - i tak cięgiem jedno w kółko.
Matka zbudziła ją z tych cudnych zwidzeń, a głównie
Hanka, która przyszła już przyszykowana do drogi i
chociaż nieśmiało, pierwsza wyciągnęła rękę na
zgodę.
- Do Częstochowy idę, to mi darujecie, com ta przeciw
waju zgrzeszyła...
- Bóg zapłać za dobre słowa, ale co krzywda, to
krzywda! - mruknęła stara.
- Nie ruchajmy tego! Proszę was ze szczerego serca,
byście mi odpuściły.
- Złości już do was w sercu nie chowam - westchnęła
ciężko Dominikowa.
- Ani ja! chociem niemało przecierpiała! - wyrzekła
poważnie Jagusia i posłyszawszy sygnaturkę poszła
się przybierać do kościoła.
- Wiecie, a to Jasio organistów idzie z kompanią -
ozwała się po chwili Hanka.
Jagusia posłyszawszy nowinę wypadła z chałupy na
pół ubrana.
- Co ino sama organiścina mi powiedziała, jako
koniecznie naparł się iść do Częstochowy! Raźniej
będzie nama wędrować z księżykiem i honorniej!
Ostajta z Bogiem. - Pożegnała się przyjacielsko i
poszła do kościoła rozpowiadając po drodze nowinę,
juści, co się jej dziwowali, tylko Jagustynka
pokręciła głową i rzekła cicho:
- W tym coś jest! Już on ta z dobrej woli nie idzie,
nie...
Ale nie pora była na dłuższe wywody, bo z pół wsi
zebrało się w kościele i ksiądz już wychodził z
wotywą, odprawianą na intencję pielgrzymki.
Jasio służył do mszy jak co dnia, jeno dzisia twarz
miał cosik bledszą i dziwnie zbolałą, zaś oczy
podsiniałe i, jeszcze szkliste od łez, że jakoby we
mgłach majaczył mu cały kościół, Tereska, leżąca
krzyżem przez całe nabożeństwo, wystrachane oczy
Jagusi, matka, siedząca w dworskiej ławce, i te
przystępujące do komunii wędrowniki - jak przez mgłę
widział, przez te łzy zaledwie powstrzymywane, przez
żałość szarpiącą mu serce i przez ten śmiertelny
smutek.
Proboszcz od ołtarza żegnał odchodzących, a kiej się
wywalili przed kościół, skropił ich wodą święconą
i pobłogosławił, podnieśli zaraz chorągiew, krzyż
błyszczał na czele, ktosik zaśpiewał i kompania
ruszyła w daleką drogę.
Z Lipiec szły: Hanka, Marysia Balcerkówna, Kłębowa z
córką, Grzela z krzywą gębą, Tereska z mężem,
które się ochfiarowały przez całą drogę nie brać
do ust nic gorącego, i parę komornic, ale wraz z
ludźmi z drugich wsi zebrało się ze sto narodu.
Odprowadzałá ich cała wieś, zaś wozy zawalone
tobołami szły na zajdach. Ale mimo wczesnej godziny
upał się już wzmagał, słońce ślepiło oczy i kurz
podnosił się tumanami, że szli jakby w tych szarych,
duszących obłokach.
Jagusia szła z matką i z drugimi, była strasznie
zmizerowana, trzęsła się w sobie z żałości, a
łykając gorzkie, sieroce łzy patrzyła w Jasia kieby w
to słońce, juści, co z dala, bo organiścina z
dziećmi nie opuszczała go ani na chwilę, że nie było
sposobu przemówić do niego ni nawet stanąć mu w
oczach.
Mateusz mówił cosik do niej, to matka, to drugie,
cóż, kiej tylko jedno wiedziała, że Jasio na zawsze
odchodzi, że już go nigdy nie zobaczy, przenigdy.
Pod figurą na Podlesiu pożegnali kompanię, która
zaraz pociągnęła dalej, wśród śpiewań oddalając
się coraz barzej, aż i zginęła całkiem z oczów, a
tylko kajś w rozsłonecznionych dalach, nad drogami,
podnosiły się kłęby kurzawy.
- Laczego? laczego? - jęczała wlekąc się niby trup za
powracającymi do wsi.
- Padnę i zamrę! - myślała czując w sobie jakby
poczynanie się śmierci, szła coraz wolniej i ciężej,
wyzbyta ze sił skwarem, zmęczeniem i tą straszną
udręką.
- I cóż ja teraz pocznę, co? - pytała, zapatrzona w
ten dzień dziwnie pusty i boleśnie ślepiący.
Czekała z upragnieniem nocy i cichości, ale i noc nie
przyniesła jej folgi ni ukoju, tłukła się do samego
świtania kole chałupy, szła na drogi, poleciała nawet
na Podlesie pod figurę, kaj ostatni raz widziała Jasia,
i zapiekłymi od męki oczami szukała na szerokiej,
piaszczystej drodze jakby śladów jego kroków, choćby
cienia po nim, choćby tej grudki ziemi tkniętej przez
niego.
Nie było, nie było la niej nic i nikaj, nie było już
zmiłowania i poratunku.
Zabrakło jej w końcu nawet łez, zabite smutkiem i
rozpaczą, oczy świeciły kiej studnie niezgłębionej
boleści.
A tylko niekiej, przy pacierzu, zrywała się ze
spiekłych warg żałosna skarga.
- I za co to wszystko, mój Boże, za co?
|